Jesteś tutaj: AKTUALNOŚCI
ARCHIWUM
ARCHIWUM 2015
BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W GDYNI - 11.11.2015
ARCHIWUM
ARCHIWUM 2015
BIEG NIEPODLEGŁOŚCI W GDYNI - 11.11.2015
11 Listopada - Narodowe Święto Nieodległości Polski. W całym kraju odbyły się różne imprezy masowe związane z tym radosnym wydarzeniem, zarówno oficjalne jak i te trochę mniej. My biegacze świętowaliśmy tradycyjnie - na sportowo. Do wyboru w tym roku mieliśmy kilka miejscowości, w których odbyły się tzw. "Biegi Niepodległości".
Nie można pobiec we wszystkich, więc wybór sporej części GM padł na największy i najbardziej popularny, organizowany już od wielu lat i z roku na rok pobijający kolejny rekord frekwencji. Mowa tu oczywiście o Biegu Niepodległości w Gdyni. W tym roku na liście startowej pojawiło się blisko 7500 zawodników. Do pokonania znane z wcześniejszych edycji 10 kilometrów głównymi ulicami miasta oraz bulwarem nadmorskim. Wielkie święto biegania w Trójmieście.
Co nas czekało w tym dniu? Przede wszystkim niesamowity patriotyczny klimat związany z obchodami Dnia Niepodległości, finał całego GPX Gdyni, klika niespodzianek od organizatorów i moc emocji na trasie, na koniec integracja i uzupełnianie kalorii w tawernie... Co tu dużo pisać, każdy z nas przeżył ten dzień na swój biegowy sposób. Wspomnienia pozytywnych chwil udało się zebrać w ciekawym reportażu.... Miłego czytania zatem .... :)

foto:gdyniasport.pl

- AGNIESZKA JEROMIN -
Za każdym razem, gdy przebiegam linię mety w Gdyni, obiecuję sobie, że to już ostatni raz - tłok na starcie, tłok na trasie, korki na mecie... Za dużo ludzi, jak na mój gust - i to ciągłe uczucie, że ktoś cię śledzi :) ... A potem przychodzi czas na zapisy do kolejnego biegu i zawsze znajduję się na liście startowej. Przy tak ważnej okazji, jak Dzień Niepodległości, nie sposób zostać w domu i obserwować w telewizji wszystkich wątpliwych "atrakcji", jakie mieszkańcy naszego kraju zapewniają sobie nawzajem - często stojąc na przeciwko siebie, a nie razem... To radosne święto, warto pokazać pozytywny sposób na jego obchodzenie. Na przykład biorąc udział w jednym z obecnie największych biegów w Polsce. I zamiast wrogości wobec ludzi zamanifestować jedność i wspólny cel.

- ILONA RADECKA -
Minął rok od mojego debiutu 11.11.2014. Zastanawiałam się wtedy czy dobiegnę, nie liczył się czas ani medal. Nawet nie wiedziałam gdzie się przyczepia chip do pomiaru czasu. Marzyłam by pokonać ten dystans, poczuć klimat biegu wśród wielu zawodników, udowodnić sobie, że dam radę. Był to mój pierwszy cel i pierwsze spotkanie z Grupą Malbork. W tym roku biegłam nie tylko po ostatni medal by połączyć wszystkie w całość podium z grand prix Gdyni. Biegłam po to by zakończyć sezon, rok treningów, kontuzji, startów, wzlotów i upadków. Był to rok zmian, pomijając zmiany w życiu, tym startem udowodniłam, że jeśli się czegoś bardzo chce to można. Słyszałam, że biegacze dzielą się na tych, którzy od czegoś uciekają i tych, którzy do czegoś biegną. Zdecydowanie dziś mogę powiedzieć, że nie uciekam, biegnę przed siebie stawiając nowe cele. Ważne jest tempo, motywacja, radość i konsekwencja w dążeniu do wyznaczanych celów. Nie ważne jest, jaki dystans jest Twoim priorytetem. Udało się ukończyć bieg w barwach Grupy Malbork z czasem 49.58. Rok temu czas wynosił 1:07:28. Czuję, że jestem daleko od tego miejsca z przed roku. Oby dalej przed siebie z takim uśmiechem biec każdego dnia. Bez względu na miejsce zamieszkania zawsze z GM, ponieważ bez cennych rad, wsparcia, "Wieczorynek", motywacji, radości i zabawy z biegania ten wynik nie byłby tak dobry. W osiąganiu celów ważne jest by móc dzielić sukcesy i porażki wraz z przyjaciółmi, którzy rozumieją Twoją pasję. Dziękuję i pozdrawiam.


- ALICJA FIAŁEK -
11 listopada pobiegłam w Gdyni, aby uczcić Dzień Niepodległości Polski. Organizatorzy tym razem postarali się jeszcze bardziej, ponieważ w pakiecie startowym znalazłam bardzo przydatny worek-plecak z logiem Gdyni oraz koszulkę techniczną. Koszulki były białe i czerwone po to, aby na starcie stworzyć z biegaczy obraz biało czerwonej flagi. Wystartowaliśmy, biegłam spokojnie, ale tym razem ulica Świętojańska wydawała się jakaś taka dłuższa niż do tej pory - to pewnie ze zmęczenia :) Dobiegłam na metę zadowolona.. Może nie z wyniku, ale z tego, że zdobyłam tą ostatnią część medalu całego GPX Gdyni. Po biegu z całą startującą ekipą wybraliśmy się na pizze, pośmialiśmy się i pogadaliśmy o biegu. To właśnie lubię najbardziej w naszej grupie/drużynę/rodzinę GM. Wszyscy razem biegamy i świętujemy.

- ŁUKASZ ANACZKOWSKI -
Na udział w gdyńskim Biegu Niepodległości zdecydowałem się mimo niewielu kilometrów pokonanych w ramach kilkutygodniowych przygotowań. Nie o "życiówkę" tym razem jednak chodziło, ale o uczczenie tego narodowego święta wraz z tysiącami innych biegaczy. Nie zawiodłem się, atmosfera zawodów była wspaniała, a największe wrażenie zrobiła na mnie biało-czerwona "rzeka" biegaczy wypełniająca trasę od startu do samej mety. Tak liczna, bo ponad sześciotysięczna frekwencja jest niewątpliwym urokiem masowych biegów i widać to nawet na twarzach mijanych przypadkowych osób. Atmosfera udzieliła mi się na tyle, że pobiegłem na swojego "maxa" i choć końcowy wynik był przeciętny to zadowolenie z bycia częścią tego wyjątkowego wydarzenia rekompensuje wszystko.

- MARIUSZ STANKIEWICZ -
Biegi z okazji odzyskania niepodległości organizowane są od lat w całej Polsce. Ten gdyński jednak ze względu na historię miasta jest wyjątkowy. Poświęcenie i hart ducha ludzi blisko sto lat temu sprawił, iż bieg dzisiaj ma charakter uliczny a nie przełajowy. Nie zawsze mamy tę świadomość biegnąc ulicami czy bulwarem nadmorskim. Ostatni bieg z cyklu Grand Prix przyzwyczaił już nas dobrą organizacją. Bieg główny poprzedzony został startem dzieci, młodzieży oraz „kijkarzy”. Dzięki Organizatorom startujący utworzyli swoistą biało – czerwoną flagę podkreślając wyjątkowość tego dnia. Oprócz mnie Grupę Malbork reprezentowali dzielnie Agnieszka, Alicja, Ilona, Maciej, Marek, Krzysztof i Łukasz uzyskując rewelacyjne w tym dniu czasy. Ja wbiegłem na metę z wynikiem 00:44: 48. Na trasie biegaczy dopingowały tłumy kibiców dodający energii, co przybliżało z każdym krokiem linię mety. Skwer Kościuszki, Świętojańska oraz bulwar nadmorski tym razem z miejsca spacerów zamienił się w miejsce rywalizacji. Dla wielu jednak była to okazja wyłącznie do fajnej zabawy, co można było zaobserwować widząc poprzebieranych biegaczy. I dobrze! Wszak radość w tym dniu najważniejsza Po biegu medal, dla najwytrwalszych stał się elementem spajającym swoiste podium. Gdynio! Wrócimy w przyszłym roku

Przy tej okazji chciałbym przybliżyć wyjątkową acz już zapomnianą postać. To Stefan Szelestowski. Dwukrotny olimpijczyk z Paryża i Amsterdamu, niestrudzony popularyzator gimnastyki, zdrowego trybu życia, sportu, samoobrony etc. Człowiek związany z Warszawą a po II wojnie światowej z Wybrzeżem a szczególnie z Sopotem. To jedna z głównych postaci zorganizowanej w 2012 r. wystawy „Citius-Altius-Fortius. Lokalny wymiar wielkiej idei sportu” (Ratusz Głównego Miasta Gdańska), którą miałem przyjemność współtworzyć. Postać Stefana Szelestowskiego jest wyjątkowa w skali polskiego sportu okresu międzywojennego. Już sama data urodzin – 11 listopada 1900 r. przywołuje szczególne skojarzenia. Wraz z uzyskaniem niepodległości przez Polskę Szelestowski obchodzi swoje 18 urodziny. Swoje pasje sportowe kieruje głównie w stronę biegów długodystansowych i pięcioboju nowoczesnego. Udanie startuje zdobywając liczne medale w najbardziej prestiżowych biegach m.in. w Biegu Belwederskim / najstarsze zawody biegowe w Polsce / oraz o Puchar „ Kurjera Polskiego”. Mistrz i rekordzista Polski w biegach na 10 km / 34,27.6 / oraz 20 km /1:18:35,7/. Wygrywa w pierwszych Mistrzostwach Polski w maratonie rozegranym w 1924 na trasie Rembertów – Wawer – Zegrze – Nieporęt – Rembertów z czasem 3:13:10.

Dwukrotnie w czasie igrzysk startuje razem z najwybitniejszym biegaczem w historii – fińską legendą sportu – Paavo Nurmim. Dla młodego zawodnika, jakim był przecież Szelestowski możliwość oglądania i wspólnego biegu z pięciokrotnym złotym medalistą Igrzysk było z pewnością niezwykłym wydarzeniem. Z czasem oprócz biegów zajmuje się też szermierką, pływaniem, boksem, grami zespołowymi i łyżwiarstwem figurowym. W czasie wojny prowadzi Zakład Gimnastyczno – Sportowy „Universal Sport” . Odbywały się tam nie tylko zajęcia sportowe, ale także kursy artystyczne czy taneczne. Akompaniował w nich sam Stefan Kisielewski, a kursantką była m.in. Beata Artemska wybitna powojenna śpiewaczka, aktorka i reżyser ( zagrała m.in. w „Zakazanych piosenkach” oraz „Lata Dwudzieste, lata trzydzieste” ). Jak wspominają dawni warszawiacy to był taki dzisiejszy fitness club. Z czasem miejsce stało się bardzo znane i popularne. Odbywały się tam także zajęcia bokserskie. Stefan Szelestowski, jako znana postać w światku sportowym spotyka się z wieloma znanymi ludźmi sportu, kultury i polityki. Propaguje nowe sporty takie jak np. jazda na nartach wodnych. Udziela się także konspiracyjnie, ponieważ wczesnym rankiem odbywały się tajne kursy dla sanitariuszy. Sam prowadzi zajęcia wschodnich sztuk walki i walki wręcz dla kursantów tajnych szkół podoficerskich.

Po tym jak zbombardowano szpital na Hożej do sali przeniesiono chorych i rannych. Po wojnie przenosi się na Wybrzeże. Jest znanym działaczem i propagatorem sportowym. Wspólnie z kilkoma zapaleńcami już we wrześniu 1945 powołuje do życia Gdański Okręgowy Związek Lekkiej Atletyki. Obejmuje w nim funkcję wiceprzewodniczącego ds. sędziowskich. Zadanie jest trudne ze względu na brak wyszkolonej kadry. Brak dostatecznej infrastruktury nie zraża Szelestowskiego. W przydomowym basenie organizuje bezpłatne kursy pływackie. Swoimi pasjami zaraża młodych ludzi. Wychowuje kolejne pokolenia sportowców różnych dyscyplin. Szelestowski udziela się zarówno na basenie jak i na bieżni. Jest on przykładem szczególnego pokolenia, w którym ówczesnych sportowców nie tylko trenowano i szkolono, ale nade wszystko wychowywano w duchu patriotycznym. W salach klubowych nie dziwiły zatem biblioteki, czy spotkania chórów. Zawody sportowe organizowano w święta państwowe, aby tym samym uczcić ważne dla rodzącego się kraju wydarzenia. Wraz z odejściem pokolenia przedwojennych zawodników, trenerów i działaczy sport stał się z pewnością uboższy. Stefan Szelestowski umiera 7 października 1987 r.

-MACIEJ FRANKIEWICZ-
Wyjazd do Gdyni to dla mnie swoista tradycja. W tym mieście rozpocząłem w maju 2010 swoją przygodę z bieganiem i tam zawsze, co roku kończę sezon startowy. 11 Listopada to dzień, w którym z szafki wyciągam biało-czerwoną koszulkę startową z orzełkiem na piersi, koszulkę przygotowaną na specjalne wyjazdy. Niby to kolejna "dyszka" w kalendarzu biegowym, a jednak inna, taka uroczysta. Zakładając tą przysłowiową "zbroję" w narodowych barwach człowiek czuje dumę, że mieszka w Polsce i że może cieszyć się wolnością krwawo wydartą przed wieloma laty przez naszych ojców, dziadów i pradziadów. Dziś w czasach pokoju warto celebrować święto z radością wraz z innymi, warto wyjść z domu, mimo że na dworze chłód i listopadowa plucha.

Gdynia przywitała nas wietrzne i deszczowo. Wokół już czuć było atmosferę zawodów, tłumy ludzi z biało-czerwonymi flagami i kotylionami, wśród nich biegacze leniwie kroczący w kierunku biura po odbiór pakietów. Na skwerze kończyła się akurat Parada Niepodległości i przechodząc nieopodal mieliśmy okazje wysłuchać kilkunastominutowej salwy z dział Błyskawicy. Niesamowite wrażenie. Miasto przystrojone w narodowe barwy wyglądało przepięknie.
Na zbiórkę o 14 w Gemini stawiła się cześć ekipy, która miała biegać w tym dniu w Gdyni, na miejscu kilka fotek, chwile pogadaliśmy i już trzeba było myśleć o zawodach. Potem tylko krótka, intensywna rozgrzewka i na start. "Piątka" na szczęście i ruszamy. Punkt 15 i wystartowała pierwsza fala. 11 Listopada oficjalnie kończę sezon startowy i chciałem żeby ten bieg był ostatnim mocnym akcentem. Od samego początku starałem się utrzymać wysokie tempo, ale niestety na długich otwartych przestrzeniach wiatr postanowił wiać w przeciwnym kierunku niż bieg. Podbieg na ulicy Polskiej i Świętojańskiej nie należał do łatwych w tych warunkach. Tu straciłem najwięcej. Ostateczne "dyszkę" ukończyłem z czasem 00: 40: 53 bardzo blisko rekordu życiowego. Jak dla mnie to był ciężki bieg, mimo że znam trasę i wiem, co mnie czeka na każdym kilometrze. Męczyłem się okrutnie aż do samego końca - z relacji Kamili, która kibicowała na ostatnim kilometrze wyglądałem jak zgon.... i tak tez się czułem. W środę to, jaki był wynik na mecie w zasadniczej części zadecydowała dyspozycja dnia i przede wszystkim pogoda. Jestem zadowolony, choć miałem cichą nadzieję, że uda się złamać te 00:40:41 i zrobić jeszcze jeden krok w kierunku "poniżej czterdziestki". No nic w przyszłym roku, walka trwa.

Ale, ale ... Tak się utarło, że bieganie w Gdyni to nie tylko bieganie. Tradycją stało się świętowanie w knajpie o wdzięcznej nazwie Flauta. Spotykamy się tam zawsze po zawodach by uczcić kolejne zwycięstwo, wyniki i walkę na trasie przysłowiowym "izotonikiem" i pizzą. Tak też i stało się tym razem, pierwsza ekipa szybko zajęła stolik i zamówiła dania, druga ekipa po przebraniu się w cywilne ciuchy wpadła już na gotowe. :) ... Ten element wyjazdów zawsze wspominam najcieplej, to jest kwintesencja naszej pasji .. Wspólne "posiadówy" po zawodach. To cementuje grupę i jest doskonałą okazją do poznania się bliżej. Dla takich chwil warto biegać... Naprawdę warto. W wesołej atmosferze zakończyliśmy ten świąteczny dzień i już w zupełnych ciemnościach czas było do domu wrócić. A już na wiosnę kolejna edycja Grand Prix Gdyni w biegach ulicznych... do zobaczenia Gdynio.