Na tą niesamowitą imprezę przygotowywaliśmy się już od dawna. Każdy z nas ciężko trenował całą zimę by wiosną wystartować i powalczyć na królewskim dystansie. Maraton "w Trójmieście" był jedną z najbardziej wyczekiwanych imprez wiosennego sezonu biegowego 2015 w naszym regionie. O popularności może świadczyć fakt, że pierwsza tura zapisów 2000 zawodników trwała niecałe trzy tygodnie. Organizatorzy odpowiadając na liczne apele biegaczy zwiększyli pulę o kolejnych 500 miejsc, które rozeszły się jak przysłowiowe "ciepłe bułeczki". Bogaty pakiet startowy, ciekawa trasa poprowadzona głównymi ulicami miasta, starówce, w stoczni, bulwarem nadmorskim oraz startem i metą w bliskim otoczeniu PGE Areny i Amber Expo wyostrzyły tylko apetyty. Moda na bieganie zatacza coraz szersze kręgi, frekwencja na zawodach jest coraz większa jak również wzrasta poziom wytrenowania zawodników amatorów. Malbork staje się widocznym punktem na biegowej mapie Polski, zawodnicy reprezentujący Grupę Malbork oraz rodzime miasto stają się rozpoznawalną ekipą kojarzoną z regionem. To cieszy szczególnie, gdy bierzemy udział w zawodach gdzieś daleko, w odległych zakątkach naszego kraju.
Dziś mija dokładnie tydzień od tego wydarzenia i na spokojnie można powiedzieć, że miesiące przygotowań nie poszły na marne. Zimowe treningi w tym dniu zaprocentowały mimo skrajnie niekorzystnych warunków pogodowych "posypały się życiówki", były debiuty, była walka ..."krew, pot i łzy radości na mecie"..... Każdy z nas zapamiętał to wydarzenie, a wrażenia w formie tekstu publikujemy w poniższej kronice ... Zapraszamy

„NIE KAŻDY MOŻE PRZEBIEC MARATON”. Jak wszyscy doskonale wiedzą miałem nie startować w tym biegu, jak zwykle jakaś kontuzja w ostatniej chwili. Pakiet już był praktycznie sprzedany, ale coś mnie tknęło żeby jeszcze wstrzymać się przez 24h. Około 10 dni temu dowiedziałem się, że moja znajoma jest chora. Uświadomiłem sobie wtedy, że bolące kolano i tym podobne rzeczy nie są żadnym zmartwieniem i ograniczeniem. Wtedy także zapadła decyzja z mojej strony, że muszę przebiec ten Maraton właśnie dla niej. Wiem, że to może i banalne, bo jest mnóstwo takich akcji, ale tak właśnie poczułem. Dystans do 24km przebiegał lekko łatwo i przyjemnie. Po 25 stwierdziłem, że spróbuję pójść mocniej. Następne kilometry były połykane jak rzadko, kiedy. Były momenty kryzysowe, głowa już nie chciała dalej biec. Na szczęście po za niechęcią w głowie świtała bardzo mocno jedna myśl, biegnij łajzo!!!, Zrób to dla Niej. Nie ukrywam, że czekałem po prostu na moment, kiedy zobaczę na mecie uśmiech osoby, dla której skończę ten bieg, chociaż na czworaka lub z kontuzją. I to, na co czekałem przez ponad 3 godziny było zwieńczeniem bólów. Na mecie czekała na mnie ta Osoba. Cała ta sytuacja uświadomiła, że hasło możesz zrobić to lub tamto – trzeba tylko chcieć i mieć samozaparcie w dążeniu do celu nie odnosi się w ogóle do życia. Medal, którym obdarowałem osobę, dla której przebiegłem ten dystans ma być dla niej symbolem i sygnałem, że może zawsze na mnie liczyć i pomogę jej w każdej sytuacji życiowej, jeśli tylko będę potrafił „choćbym miał stracić przytomność”
-ŁUKASZ GODLEWSKI-


"DEBIUTUJĄCY KIBIC". Zapisany – opłacony i choć przez ból w kolanie nie wystartowałem to byłem… byłem, jako kibic. Grupa Malbork to przede wszystkim atmosfera, zabawa i dobry "fun", więc nie mogło mnie tam zabraknąć. Otoczony Olą, Anią, Patrykiem, którzy w naszej grupie są niemal na wszystkich zawodach w roli kibiców oraz drugim po mnie debiutującym kibicem Łukaszem postanawiamy, że ruszamy w gdańskie rewiry by zdzierać gardła za naszych. Ostatnie „piątki”, słowa otuchy i zapewnienia, że będzie dobrze. Jest punktualnie godzina 9.00 – Start. Rzut okiem na mapę z trasą i My ruszamy pośpiesznie w kierunku przystanku tramwajowego, przesiadka w kolejny i po 40 minutach jesteśmy na 13 km biegu. Mamy przy sobie telefony komórkowe. Nie mogło również zabraknąć „lufy” tj. aparatu z niezłym obiektywem.
Długo nie czekamy na Krzyśka naszego Prezesa klubu, który melduje się na 7 pozycji. Pierwsze okrzyki, pstryki i czekamy na następnych. Mamy przy sobie rozpiskę, według której niebawem powinien pojawić się „Rafciutek”. Ola prywatnie żonka Rafała niespokojnie chowa twarz w dłoniach i wypatruje jasno zielonej "startówki" z logo GM i jest! Kolejny raz okrzyki „Grupa Malbork”, „Grupa Malbork” na przemian z „Rafał”, „Rafał” oraz seryjne o fotografowanie „naszego” i czekamy na kolejnych. Są! Tym razem serca szybciej biją Ani i Patrykowi, bo mija nas grupa z Maćkiem mężem i tatą wspomnianej dwójki. Kilka minut później szczególnie Łukasz uradowany dopinguje debiutującą żonkę Kamilę. Oczywiście czekamy na pozostałych „naszych”. Po kilkunastu minutach mamy wszystkich na rozkładzie, więc pora odpocząć.
Gardła obolałe a że mamy 200m do Galerii Bałtyckiej i dwie zmęczone kobiety wybór staje się oczywisty. W przybytku nieustannego handlu nawadniamy się i wrzucamy spore porcje cukrów. Należy się! Ja, jako szef kibiców proszę o trzymanie się czasu i wyznaczam godzinę 11.00 na zakończenie pit stopu. Niestety ponoszę porażkę i opuszczamy targowisko z 20 minutowym opóźnieniem. Następuje walka z czasem czy zdążymy na godzinę 11.53 bo o tej porze deklarował się Krzysiek, że będzie „po wszystkim”. Kolejny tramwaj, przesiadki i jesteśmy na mecie maratonu… godzina 12.01. Udało się! Nie zdarzyliśmy przed Krzyśkiem, ale to nie nasza wina, że przebiegł maraton w 2 godziny 53 minuty! Mógł wolniej. Za to innych mamy w komplecie.
Potem już wspólne relacje biegnących jak było na trasie. My za to chwalimy się naszymi fotkami. W tej wspólnej euforii powoli „zbieramy się” do busa i na obiad. Uzupełnianie kalorii w restauracji hotelowej naszego kolegi to prawdziwa uczta dla ciała. Później już tylko gwar i śmiech w drodze do Malborka. Po 11 godzinach jestem na miejscu w domu kładę się zmęczony na kanapę i uśmiecham się sam do siebie…, bo warto było kibicować naszej ferajnie.
-KRZYSZTOF IWANEK-

"NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH". 17.05.2015 r. – dzień, na który czekałam od 3 miesięcy przywitał nas wszystkich słoneczną, choć wietrzną pogodą. 3 miesiące przygotowań, ok. 600 km wybieganych, 60 godzin spędzonych na bieganiu i oto jest ten wyczekiwany dzień… Nauczona doświadczeniem otaczających mnie maratończyków, z poczuciem, że jestem dobrze przygotowana wystartowałam w I PZU Maratonie Gdańskim. Pierwsze kilometry spokojnie w towarzystwie Krzysia i Ali… kolejne w towarzystwie już tylko Ali i ostatnie 13 km w pojedynkę. 10-ty, 15-ty, 20-ty, 5-ty km… W głowie milion myśli i świadomość, że najgorsze dopiero przede mną. Z obawą oczekiwałam na przyjście słynnej ściany, która wg niektórych przychodzi na 30 km – nie przyszła, to przyśpieszam… 35 km – zostało mi 7km, a ja nie czuje się w ogóle zmęczona, hmmmm.. o czym mowa, ale mi maraton!! ściany brak to przyspieszam dalej… 40 km – ok. jest ściana, zaczyna się walka o życie. Ostatnie kilometry pętla wokół mety, i jest oto on, mój wierny kibic, który dodaje mi sił. Nadeszła chwila triumfu, dobiegłam. Uczucie nie do opisania i czas, o którym nie marzyłam nawet w najśmielszych snach 3:47:12. „Kama rozwaliłaś system !!!”
-KAMILA ANACZKOWSKA-

"RAPORT" Właściwie to w planach biegowych na ten rok miałem start w Orlen Maratonie, Gdańsk jak się pojawił to plany zweryfikowałem z kilku powodów... Po pierwsze: zawody blisko domu, w znanym od wielu lat mieście, po drugie: termin, który bardziej przypasował mi w związku z czerwcowym startem w "Rzeźniku" i po trzecie najważniejsze... Wyjazd "grupowy" a co za tym idzie.... IMPREZA !!!!!!
Nie będę się rozpisywał nad przebiegiem całego dnia na wyjeździe, skupię się na zagadnieniach, które mi się podobały a które nie... Taka subiektywna ocena zawodów.
PLUSY:
MINUSY:
Co do mojego biegu: założenia były żeby utrzymać tempo i zakończyć w granicach 03:30:00 ... na rozpisce podałem Krzysztofowi 03:25:00 i podejrzewam że bym taki czas uzyskał, ale: błąd nr 1 - nie doceniłem pogody i przeceniłem swoje siły, błąd nr 2. - za szybko odłączyłem się od grupy pacemakerów (20km) i zrezygnowałem z żelu na 30 km, rezultat kryzys od 39 odcięcie na 41. Suma summarum czas na mecie lepszy o niecałą minuta od życiówki kosztem totalnego wycieczenia na ostatnich kilometrach. Nie tak miał wyglądać ten bieg ... Podsumowując... Pierwsze wrażenie na mecie.... Nie wracam tam za rok.... a, jak będzie na prawdę jak rusza zapisy ...zobaczymy :)
-FRANKIEWICZ MACIEJ-

"ŻYCIÓWKA" 1 PZU Gdańsk Maraton był moim drugim biegiem na królewskim dystansie w dotychczasowej „karierze” Biegowej, ale na pewno nie ostatnim. Sumiennie trenowałam od początku roku. Były mniejsze i większe kryzysy, ale dawałam radę. Czy deszcz, czy śnieg… nic nie było mi straszne. Ale bałam się. Wiedziałam, z czym to się je.. Ale naprawdę się bałam. Gdy nastał 17 maja i znaleźliśmy się z ekipą w Gdańsku moje obawy sięgnęły zenitu. Niby uśmiechałam się, rozmawiałem z towarzyszami, ale oczy były rozbiegane a w głowie milion myśli.
Nauczona doświadczeniem pierwszego maratonu i mając w głowie słowa kolegi Radka pilnowałam się bardzo. Plan wgrany w zegarek co chwile dawał znać: zwolnij! Zwolnij!. Ok. Zwalnia. Pilnuj się- mówiłam sobie. Od początku towarzyszył mi kolega Maciek, którego jak się później okazało był to debiut. Do 35km było super. Pilnowałam tempa, nawadniania, odżywiania. Na ostatniej "nawrotce" coś zaczęło się dziać. Kurde… nogi ok. Bolą, ale nie bardzo. Ale głowa coś zaczyna szwankować. Pojawiają się myśli- na cholerę Ci to? Daj spokój itp. Zaczęłam wygadywać głupoty w stylu, ja już dziękuje, nie mogę…. I tu pojawia się ręka… magiczną ręka Maćka. Mówi- złapie, pomogę, dasz rade, nie stawaj, jeszcze tylko kilka kilometrów. Motywacja w pełni. Biegła dalej. No nie takim tempem jakim powinnam, ale biegłam. Pokonałam „ścianę" Odżyłam.
Ostatnie kilometry, murawy PGE ARENY, ostatnia prosta i znów pojawia się w głowie "murek". Zwalniam… bardzo, bardzo i nagle słyszę: Ruda, biegłem za Tobą cały maraton, nie pozwól bym Cię wyprzedził” ...kurcze... motywacja jak nic…. W oddali widzę koszulkę GM… Ala… idzie…. Resztkami sił wrzeszczę na nią: "Ala nie idź!!! Dasz radę!" I tu znów wyłania się Towarzysz maratonu. Za jedna rękę łapie mnie za druga, Alę i biegnie, wspierając nas na ostatnich setnych metrach do mety.
Wchodzimy w ostatni zakręt… 50m i jest! Patrzę na zegarek o jaaaa !!!!! 4,01,20 !!!!!! Poprawiłam się o 14min. Płacz i śmiech. Próba złapania właściwego oddechu.
Niedosyt jednak jest 1min 20s tak niewiele, a tak wiele… do poprawki na jesień… pracuje dalej.
-BARBARA SOSNA-

"TO MIAŁ BYŚ DEBIUT". Z myślą o starcie w maratonie oswajałem się ponad rok. Po nieudanym starcie w Orlen Warsaw Marathon 2014 (ze względu na kontuzję) padło na Gdańsk. Z jednej strony ze względu na logistykę a z drugiej ze względu na sentyment.
Założenie było proste – 3 x D:
Dotrwać – Rok 2014 oraz początek 2015 upłynął pod znakiem walki z powracającymi kontuzjami oraz nieudolnym realizowaniem planów treningowych (nieustannie modyfikowanych). Obawa przed utratą kolejnej szansy startu w maratonie skutecznie krępowała ruchy i zniechęcała do bardziej wytężonego działania. Sam start w maratonie gwarantował już 50% zrealizowanego planu.
Dobiec - Pomimo ambitnych planów oraz dobrego samopoczucia zakładałem też realizację tego czarnego scenariusza. A co jeżeli nie dobiegnę? Jeżeli stanę na chwilę i już nie ruszę? Wprawdzie w maratonie to żadna porażka, ale nie dla mnie. Brak konkretnego planu treningowego oraz uciekający czas nie wróżyły nic dobrego.
Dojechać do domu – Wycieńczenie organizmu spowodowane morderczym dystansem a następnie powrót do domu „dyliżansem” pełnym „izotoników” - to wyzwanie równie niebezpieczne co przebycie 42 km poniżej 5 min/km o samej wodzie i bananach ;-)
UDAŁO SIĘ!!!
Wprawdzie 30 km biegu obnażył wszelkie zaniedbania treningowe, 35km wyprowadził celny cios w szczękę a 40 km „powalił na kolana” to jednak głowa się nie poddała:-) Było CIĘŻKO ale dzięki ogromnemu wsparciu rodziny i przyjaciół z GM wygrałem z samym sobą!
Teraz w pełni świadomy tego co mnie czeka w przyszłości mogę stanowczo powiedzieć – TO DOPIERO POCZĄTEK – do zobaczenia za rok „PANIE MARATONIE” ;-)
Z pozdrowieniami dla urwisów z GM;-)
-KRZYSZTOF BARNAŚ-

"MARATON SZCZĘŚCIA" Dzień 17 maja 2015 r. jeszcze dwa tygodnie temu nic dla mnie nie znaczył. Ale jak wiemy życie nas lubi zaskakiwać. 30 kwietnia był ostatnim dniem mojego urlopu, który wziąłem z powodu Szczęścia, jakie nas spotkało kilka tygodni wcześniej. To Szczęście wypełniło nam czas po brzegi, dlatego treningi w ostatnim czasie troszkę się zmodyfikowały. Tak samo było właśnie tego 30 kwietnia. Wyszedłem pobiegać w nienormalnej dla mnie porze obiadowej. To spowodowało spotkanie pod malborskim podbiegiem - ul. Góralską. Nawet udało się kilka tych podbiegów zrobić. Po powrocie z treningu zaczęła kiełkować we mnie nieodparta chęć wystartowania w 1 PZU Maratonie Gdańskim. Wspólne klubowe organizowanie się na ten wyjazd tylko podsycało tą chęć i jeszcze tego samego dnia, na ostatnią chwilę, zapisałem się płacąc horrendalne wpisowe na zawody, chociaż pakiet startowy całkiem fajny, to tak nie bolało.
Był to mój drugi start w maratonie w przeciągu 7 miesięcy. Po starcie w Poznaniu zaklinałem się, że to pierwszy i ostatni maraton. Przygotowywałem się do niego ponad pół roku, przebiegłem go w miarę dobrej kondycji, ale stwierdziłem, że to nie dla mnie. Jednak już po powrocie zaczęły się pojawiać myśli o drugim starcie na jesień 2015. Jednak nasze szczęście zweryfikowało te zapędy i tak oto stanąłem na starcie w Gdańsku wraz z niezastąpioną i nieocenioną ekipą GM, bez wielomiesięcznego tyrania na niedzielnych wybieganiach, ze świeżością i przyjemnością.
Tą przyjemność starały się pokrzyżować dantejskie prognozy pogody, wiatr, deszcz, zimno i w ogóle strasznie. Na miejscu okazało się, że nie było tak źle, owszem wiało (tam zawsze wieje), ale było całkiem przyjemnie. I wystartowali. Na początku zachowawczo i spokojnie... Byle nie zrobić błędu z debiutu i powstrzymać ułańską fantazję. Założony czas 3 godziny i 45 minut, wspólny start z Alą i Krzyśkiem, potem dołączyła Kamila i tak lecimy… Wytrzymałem 4 kilometry i jak ten hart puszczony ze smyczy pobiegłem za Arkiem. Dogoniłem go na 13 km, biegliśmy wspólnie do 30 km i znów jakby nowe siły, pomimo wiatru i bólu palców u stóp spowodowanego nowymi skarpetkami. Już wiedziałem, że będzie dobrze, że zbliżę się do wyniku z Poznania. Później trochę psychologicznie, 7 km przed metą było już ją widać, 6 km przed metą morderczy podbieg, ale tym razem tempo równe z lekkim zapasem na finisz. 2 km przed metą wbieg na stadion Lechii, fajne wrażenie, chociaż na finiszu ostry przeciąg, który zdaje się, że uniemożliwiał bieg, jakby się stało w miejscu.
Koniec, rzut oka na zegarek, totalny obłęd, wynik poprawiony o 20 sekund na trudnej trasie z kilkoma sporymi podbiegami i w trudnych warunkach pogodowych. Na mecie pamiątkowy medal wręczał sam Radosław Dudycz, dwukrotny Mistrz Polski w Maratonie. Organizacja biegu całkiem przyzwoita, fajne zaplecze na targach Expo, trasa poprowadzona w charakterystycznych miejscach Gdańska, dobrze się biegnie, jak się wie, gdzie się jest. Dziękuję wszystkim, którzy obdarzyli mnie dobrym słowem, szczególnie żonie za wsparcie i cierpliwość.
-PAWEŁ SZYMKOWIAK-

Każdy z nas pokonał swe słabości i dotarł do mety.... wszyscy jesteśmy ZWYCIĘZCAMI. To był trudny bieg, ciężki pod względem technicznym jak i również psychicznym. Pogoda nie rozpieszczała i tylko naprawdę twarde charaktery i nieustępliwość w walce doprowadziła nas do końca tej rozgrywki. Mimo tych wszystkich niedogodności nikt z nas nie stanął, nikt nie zszedł z trasy, nikt nie zrezygnował ... założony cel został osiągnięty. Szczególnym sukcesem jaki w tym dniu osiągnęliśmy było zdobycie przez Krzysztofa Barcikowskiego "pudła" w kategorii wiekowej. Były debiuty i życiówki. To był dobry dzień dla każdego z nas. Dzień który na długo pozostanie w naszej pamięci.

| 1 PZU Gdańsk Maraton - 17-05-2015 - Gdańsk (Maraton km) | ||||
| Lp | Imię i Nazwisko | Miejsce w Open | Czas netto | Miejsce w kategorii |
| 1 | Krzysztof Barcikowski | 11/1809 | 02:52:57 | 3 (M40) |
| 2 | Rafał Łakomy | 68/1809 | 03:12:09 (rż) | 31 (M30) |
| 3 | Łukasz Godlewski | 132/1809 | 03:18:13 | 60 (M30) |
| 4 | Krzysztof Barnaś | 238/1809 | 03:27:40 (rż) | 109 (M30) |
| 5 | Maciej Frankiewicz | 249/1809 | 03:27:58 (rż) | 115 (M30) |
| 6 | Paweł Szymkowiak | 343/1809 | 03:34:09 (rż) | 157 (M30) |
| 7 | Jacek Jakusik | 505/1809 | 03:43:05 | 47 (M50) |
| 8 | Arek Dylert | 578/1809 | 03:46:32 | 254 (M30) |
| 9 | Kamila Anaczkowska | 583/1809 | 03:47:12 (rż) | 13 (K20) |
| 10 | Barbara Sosna | 951/1809 | 04:01:20 (rż) | 24 (K20) |
| 11 | Alicja Fiałek | 950/1809 | 04:01:44 (rż) | 26 (K20) |
| 12 | Krzysztof Wąsik | 1002/1809 | 04:04:28 | 284 (M40) |
!!!!! WSZYSTKIM ZAWODNIKOM GRATULUJEMY WSPANIAŁYCH WYNIKÓW !!!!!