Start w jednym z największych i prestiżowych maratonów w Polsce zaplanowałem pod koniec ubiegłego roku. Plan był prosty – złamać barierę 3 godzin i 20 minut, albo przynajmniej się do niej zbliżyć.
Założenia treningowe przychodziły na bieżąco, a w miarę zbliżającego się dnia startu narastały wątpliwości (zwłaszcza dzięki niektórym kolegom z klubu :)). Kilometraż treningowy może niewielki, bo od początku roku nieco, ponad 800, ale w mojej ocenie bardzo wartościowy. Większość treningów zrobiłem wstając rano przed pracą, kosztowało mnie to zwłaszcza w mroźne dni oraz pod koniec okresu przygotowawczego nie lada wysiłku. Tutaj ukłon w stronę Krzyśka Barnasia, który pomógł mi w kluczowych momentach swoim towarzystwem na treningu. Niestety im bliżej startu, tym bardziej zacząłem odczuwać, co to znaczy „samotność maratończyka”. Ale może to i dobrze, dzięki temu zahartowałem nie tylko swoje chude ciało, ale również mózgownicę, która w kluczowych momentach maratonu odgrywa najważniejszą rolę.
Tak, więc start dawno zaplanowany, wszystko dopięte na ostatni guzik - hotel, pendolino i inne sprawy – można jechać.
Wyruszyliśmy w sobotę wesołą ekipą w postaci mojej nieocenionej małżonki Olgi i synka Frania, oraz rodzinki Barnasiów (wiernych kibiców) i Krzyśka Iwanka. Pogoda zapowiadała się całkiem całkiem, po szybko przebytej podróży pociągiem udaliśmy się do hotelu, a potem po pakiety startowe na stadion narodowy. Z minuty na minutę atmosfera gęstniała, w miasteczku biegaczy niby pusto, ale już w samym expo full ludzi i kolejki, w których nienawidzę stać. Jednym słowem klasyczna masówka, chociaż widać, że organizacja na najwyższym poziomie. Widok ostatniej prostej i linii mety spowodował nawet u tych niestartujących nieodpartą chęć wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu.

Chociaż na mapie wydaje się blisko, to odległości w stolicy wydają się jakby większe. Pomimo tego, że przemieszczaliśmy się w miarę szybko (zaliczyliśmy 2 linię metra i skm-kę), to w hotelu wylądowaliśmy i tak około godz. 19 padnięci, jak po przebiegniętym maratonie. A przecież to miało nastąpić dopiero w niedzielę. Krótka narada z Krzyśkiem Iwankiem, o której wyjeżdżamy i lulu.
Z racji tego, że nasz hotel znajdował się ok. 5 km od miejsca startu, trzeba było przemieścić się jakimś środkiem transportu. Wybraliśmy skm-kę, która zawiozła nas spod miejsca noclegu na stadion narodowy. Temperatura nieco powyżej zera odbierała wszelką chęć przebrania się w sportowe ciuchy. Start zaplanowano na 8:45, ale depozyt trzeba było zdać już do 8:10, a do 8:30 należało pojawić się w swoich strefach startowych. W trakcie oczekiwania słońce przebijało się nieśmiało przez solidną warstwę chmur, co powodowało nadzieję na kilka stopni więcej. Ten poranny ziąb powodował niezłą delirkę, więc jak najdłużej z Krzyśkiem staraliśmy się wykorzystać pobyt w szatni, gdzie przynajmniej nie wiało. Po chwili dołączył do nas nasz klubowy kolega Krzysiek Wąsik. Ostatnie zabiegi przedstartowe, troszkę pożywnych żelków, życzenia powodzenia i rozeszliśmy się w swoich kierunkach.
I znów „samotność maratończyka”. Spacer z miasteczka biegaczy na linię startu trwał wieczność. Tabuny ludzi i ja sam ze sobą. Myślę sobie, Boże jak mi się nie chce, zimno, żona gdzieś tam spaceruje, albo dopiero wyjeżdża z hotelu, ale przynajmniej jej nieco cieplej. Jak dotarłem w końcu na start zobaczyłem grupkę rozgrzewających się biegaczy z czołówki (tak tych z ciepłych krajów) i wtedy uczucie zimna minęło momentalnie. To nie były warunki dla nich, przyzwyczajonych raczej do temperatur 20+. Pomyślałem sobie, ja tu się mazgaję, a co oni dopiero muszą odczuwać.

Atmosfera na starcie zrekompensowała wszystko, z przeciwnej strony startowało kilkanaście tysięcy zawodników zmagających się na dystansie 10 km, ich wsparcie dla maratończyków było nieocenione. Ciary na plecach. W tle towarzyszył nostalgicznie utwór Prince'a – Purple Rain i te tysiące ludzi na starcie… Później jakby się uspokoiło, miasto leniwie przeciągało się dopiero ze snu. I znów cisza, „samotność maratończyka”. Ale co kilka kilometrów na szczęście pojawiały się czadowe zespoły, które swoją ostrą nutą pobudzały moje nogi do szybszego przebierania. Na samym początku wyprzedzili mnie pacemakerzy prowadzący na czas 3:15:00 i szybko zniknęli w gąszczu maratończyków. Do połowy dystansu biegło się dość przyjemnie, miałem nawet chęć na rozglądanie się na prawo i lewo za ciekawymi miejscami stolicy. A tu było widać Nike warszawską, a tu belweder i inne ciekawe charakterystyczne miejsca Warszawy. Co jakiś czas zdarzali się kibice na trasie, było też kilka punktów, gdzie było ich naprawdę sporo. Pomimo kiepskiej pogody dali radę i wspierali nas. Fajne uczucie, jak ktoś bezinteresownie wymawia twoje imię i mówi „przyciśnij mocniej Paweł, dasz radę”.
Plan był prosty – złamać 3:20:00, zacząć pierwsze 3 km wolniej w tempie 4:52 min/km, potem do 14 km 4:47, potem do 29 km 4:44 i do końca 4:40. Wiedziałem, że jak zacznę szybciej, to się to bardzo źle może skończyć. Ale co ja poradzę, jak start był taki wzniosły, w ogóle się nie czuło tej prędkości. To jak jazda mercedesem. Fakt, że pierwsze 3 km udało mi się nieco wolniej, ale potem było już tylko szybciej. Do 20 km warunki idealne, nawet się nie spociłem. Jednak przed zakrętem w lewo w okolicach Służewca przez myśl mi przeszło coś takiego – jak dotychczas nie wiało, to z powrotem będzie wiało. No i się nie myliłem, pierwszy strzał wiatru przez chwilę, potem jeszcze kawałek z wiatrem i nawrotka na skraju Lasu Kabackiego na ścieżkę rowerową wijącą się od ok. 23 km wzdłuż jakiejś drogi na przedmieściach miasta. I znów samotność maratończyka i ta cisza przerywana, co jakieś 2-3 km ostrymi riffami gitarowymi. Aż się chciało nieraz grzywą zamachać jak na koncercie metalowym :)

Przez całą końcówkę było pod wiatr, aż do mostu świętokrzyskiego, który zwiastował już finisz. W trakcie biegu nie odczułem szczególnie tych trudnych warunków, może to dzięki temu, że już rano zmarzłem i było mi wszystko jedno, może dzięki moim zimowym porannym treningom, podczas których warunki były o wiele gorsze, może dzięki widokowi tych zawodowców na starcie. Może to im właśnie zabrałem cząstkę tego powera i obojętności podczas mojego biegu. Nie pamiętam na którym to było kilometrze, jakoś jeszcze w pierwszej połowie, kiedy dogoniłem tych co mi na początku uciekli – pacemakerów na 3:15 (na 5 km z zakładanego czasu miałem minutę do przodu, na 10 już prawie 2, w połowie prawie 4). Chwilę z nimi poleciałem, ale siły było jakby więcej, a tempo cały czas oscylowało w granicach 4:30-4:37.
W trakcie każdego biegu poznaje się charakterystyczne postaci, których się nie zapomina przez całe życie. Zawsze tak mam, że jak wspominam sobie później zawody, to kojarzą mi się one z konkretnymi ludźmi. Tym razem było to dwóch Litwinów, którzy całą drogę gaworzyli sobie na luzie bez najmniejszej zadyszki, widać że turyści :) Jednak pod koniec i ich zostawiłem w tyle.

Pomimo tego, że na 36 km depnąłem nieco bardziej, to 38 km był chwilą słabości, jednak nie można go nazwać ścianą. Wciągnąłem ostatniego z moich 4 żeli przygotowanych na ten start i w końcu finisz. W tym momencie kończy się „samotność maratończyka”.
To lubię jeszcze bardziej od startu, na tym ostatnim odcinku kibiców nieco przybyło i udało się utrzymać dobre tempo do samego końca. Ostatni odcinek na błoniach stadionu narodowego to już masa ludzi, hałas, doping, żona i syn, coś nie do opisania. Dla takich chwil warto biegać pomimo momentów zwątpienia i zniechęcenia. Czas końcowy, jaki udało mi się wykręcić to 3 godziny 13 minut i 55 sekund (życiówka poprawiona o 20 minut i 14 sekund). Albo inaczej: 2 godziny 73 minuty i 55 sekund :) Może kiedyś… :) I tu potwierdza się teza, że jak się nie chce, to może wyjść pięknie. „Samotność maratończyka” to pojęcie względne. Jaka samotność? To były dobre zawody.
Dzięki wszystkim, którzy przyczynili się do tego sukcesu!