KLUB BIEGACZA GRUPA MALBORK - VI BIEG PAPIERNIKA - KWIDZYN 23.05.2015

foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

Bieg Papiernika w Kwidzynie, to impreza, która z roku na rok przyciąga jak magnes coraz większą liczbę zawodników i mimo tego, że jest to tylko "dyszka" - a właściwie jedna z wielu "dyszek" w maju... Jest wyjątkowa....

Co takiego kryje się w tym biegu, że stał się taki popularny? Odpowiedz jest bardzo prosta, przepis na sukces to: tzw KLIMAT IMPREZY, profesjonalna organizacja, interesująca trasa na terenie pracującej fabryki papieru, bogaty pakiet startowy a przede wszystkim zerowa opłata startowa i możliwość wygrania cennej nagrody w losowaniu są tymi czynnikami, które przyciągają do Kwidzyna. W tym roku odbyła się już VI edycja. Na starcie zameldowała się rekordowa liczba ponad 3200 biegaczy a wśród nich i nasza skromna prawie 20 osobowa ekipa.

W poniższym reportażu prezentujemy kilka tekstów z tego wydarzenia... Co w artykule?... Dwie "życiówki" czyli dramatyczna walka z własnymi słabościami, z przeciwnościami pogodowymi i trasą... Barwny opis wszystkich chwil spędzonych wśród tłumu biegaczy w wykonaniu Agnieszki i Krzysztofa ... horror, thriller, porachunki za ubiegłe lata ...dramaturgia i atmosfera niczym w najlepszym kinie sensacyjnym.

Dodatkowo bogata galeria foto (ok pół tysiąca zdjęć) oraz film Marka ... pełny zapis video ze stadionu i z trasy biegu ... :)

... Zapraszamy :)

 

Bieg Papiernika, czyli „jeszcze tu wrócę”. Bieg długodystansowy to ciekawa kombinacja taktyki i wytrzymałości, zmuszająca do umiejętnego czerpania z poszczególnych tych elementów w zależności od długości dystansu i postawionego sobie celu. Pokonanie 10-ciu kilometrów z zamiarem osiągnięcia dobrego wyniku wiąże się z sięganiem praktycznie od razu do pełnych zasobów mocy z troską jedynie o to, by zaczęły się bezpiecznie kończyć dokładnie na mecie. Element taktyki – przynajmniej w moim odczuciu - upraszcza się przy tym dystansie do oceny własnej kondycji przed startem i zaplanowania średniego tempa z naniesioną poprawką na tzw. okoliczności przyrody. Większość przemyśleń pojawiających się w trakcie tego biegu dotyczyć będzie już w zasadzie tylko i wyłącznie kwestii - nazwijmy to delikatnie - egzystencjalnych, związanych bardzo bezpośrednio z teraźniejszością i znajdującą się w odległości zwykle kilkunastu metrów od niej przyszłością.

Kwidzyński Bieg Papiernika to w dość powszechnej opinii wyjątkowo mocna impreza spośród organizowanych w okolicy zawodów na dystansie 10km. Wyzwanie, które przyciąga swoich stałych i wciąż nowych amatorów nie tylko za sprawą wzorowej organizacji, ale również właśnie ze względu na wspomniane okoliczności przyrody. Trasa tego biegu, choć stosunkowo płaska i dzięki temu pozornie łatwa i szybka, jest praktycznie pozbawiona zacienienia i - żeby było ciekawiej - prowadzi częściowo przez obszar objęty specyficznym „aromatem” procesu produkcyjnego papieru oraz miejscowymi utrudnieniami w cyrkulacji powietrza. Wszystko to sprawia, iż mocne majowe słońce - pomimo świetnej prewencji w postaci licznych natrysków i bogatych w wodę punków odświeżania na terenie zakładu IP – potrafi paląc w południe z wysoka obrócić w ruinę niejedne ambitne plany, zostawiając po sobie liczne „rachunki do wyrównania za rok”. Dotychczasowe edycje tego biegu zwykle obfitowały w warunki pogodowe zachęcające zdecydowanie bardziej do leniwego relaksu, niż do walki z własnymi słabościami w oparach potu i ulatującym wraz z nimi zapałem. Nieśmiertelne „dziś się uda” na Papierniku ma po prostu wielką szansę nie zadziałać jeszcze bardziej niż nie działa zwykle. Osobiście doświadczyłem całego powyższego dobrodziejstwa w zeszłym roku, kiedy to 30-to stopniowy upał zamienił z końcem 6-go kilometra mój trzeci w życiu start z pełnego wiary we własne siły na walkę z głębokim przekonaniem, iż jedynym możliwym sposobem na wydostanie się z terenu International Paper i pokonanie każdego z kolejnych metrów jest czołganie się za polewaczką z wodą.

Tym razem miało być inaczej. Ktoś powiedziałby - „jak zawsze, stary..”, ale… Już na tydzień przed startem prognozy pogody dostarczały nadzieję na temperaturę lekko poniżej 20 st.C i co najmniej umiarkowane zachmurzenie. Ponieważ jednak ostatnimi czasy sprawdzalność prognoz wynosi w praktyce często 50% (będzie padać albo nie będzie, itp.) to i z optymizmem należało się wstrzymać do samego końca, czyli najlepiej do dotarcia na linię mety.

Na zawodach stawiłem się co prawda silniejszy o emblematy i energię Klubowej kompanii, cały rok treningu oraz kilka ciekawych startowych doświadczeń, ale jednak z wielką niewiadomą w głowie. Świeżo „załatana” infekcja górnych dróg oddechowych i dwa niedawne półmaratony w nogach raczej nie pozwalały myśleć o dobrym wyniku bez narażenia się na kłopoty. Przyjąłem na wszelki wypadek do realizacji plan minimum, tj. start na czas około 50 min., czyli nie za mocno, ale na tyle szybko by wyraźnie „odkuć się” za poprzedni rok. Pozycja w strefie startowej 55-60 wydawała się być w tej sytuacji dobrym wyborem. Tymczasem pogoda tym bardziej zaczynała kusić, im bardziej się jej przyglądałem.. Słońce coraz bardziej osłonięte chmurami, temperatura umiarkowana zgodnie z przepowiednią i przyjemnie chłodzące, nie za mocne podmuchy wiatru. Bezprecedensowa jak na realia Papiernika zmiana na lepsze, godna odnotowania w pamiętnikach przez całą, ponad 3-tysięczną armię zgromadzonych na starcie śmiałków.

Strzał sędziego, trucht do linii startu, rundka po stadionie, krótka wspinaczka na wylocie w stronę drogi do IP Kwidzyn i zaczynamy zabawę – przed nami Papiernik w pełnej krasie, czyli długa prosta w kierunku największej i najszybszej grupowej wycieczki po terenie Zakładów Papierniczych. Narzuciwszy sobie dość spokojne początkowe tempo 5:10 przystąpiłem z zamiarem jego stopniowego zwiększania do realizacji swojego bezpiecznego planu. Tradycyjny toast powitalny na bramie głównej i nurkujemy barwnym peletonem wśród ciągnących się setkami metrów hal, pozdrawiani przez grupki kibicujących nam pracowników IP. Tym razem unikam zbawiennych rok temu natrysków wiedząc już, co się dzieje ze stopami w biegu gdy buty nabiorą wody brnąc przez kałuże. Piąty kilometr spędzony konsekwentnie w trybie narastającej lekko prędkości przynosi mi niespodziankę w postaci zmierzonego średniego tempa dokładnie równego temu, jakie miałem dla najlepszego jak dotąd wyniku w zawodach na 10km. Postanowiłem, że skoro tak się sprawy mają, to spróbuję utrzymać obecne tempo przez kolejne 2km i - jeśli się to uda – jeszcze przyspieszę. Na ogół mało pamiętam z innych niż treningowe startów na 10km, ale ten krótki, ostro zakręcony w obie strony podbieg za 7-mym kilometrem należy do tych szczegółów, które zapadają mi w pamięci na długo: rok temu wydał się pionową ścianą nie do zdobycia, tak więc i teraz ruszyłem z lekką obawą o tętno pod górkę. Dziś wierzę, że to dzięki wolnemu wkręcaniu organizmu na maksymalne obroty i godzinom spędzonym na trenowaniu podbiegów, udało mi się go pokonać praktycznie bez szwanku i zameldować się na wylocie z terenu zakładów ze średnim tempem już nieco lepszym od dotychczas rekordowego w mojej niezbyt długiej biegowej historii. Zatem ponownie brama, toast pożegnalny i zmiana planów ! Pozostało tylko nie ulec coraz chętniej wyglądającemu zza chmur słońcu, nie spalić się na ostatnim lekkim wzniesieniu i znaleźć gdzieś wewnątrz siebie resztki energii na docisk podczas finiszu, wspomagany zbiegiem będącym wspomnianą początkową wspinaczką. Wystarczy, że odda co zabrał.. Do dzieła..

Wszystko co pamiętam dalej to skok adrenaliny, alarm wysokiego tętna dobiegający do uszu na ostatnich setkach metrów, ostatni zakręt na stadion i wyczekiwany koniec na oparach energii… Ufff.. ! Obietnica złożona Papiernikowi rok temu dotrzymana, pomimo kłopotów z kondycją. Prawie 8 minut lepiej, a dodatkowo poprawa rekordu życiowego o ponad pół minuty. Niespodzianka tym bardziej miła, że przypadła na optymalną końcówkę okresu w którym mógłbym próbować wycisnąć z siebie coś więcej niż tylko kolejne kilometry w ramach treningu do zaplanowanej na wczesną jesień próby „obalenia litra”.

Murawa za metą zapełniająca się powoli szczerze uśmiechniętym zmęczeniem była dowodem na to, że nie tylko ja tego dnia poczułem satysfakcję ze startu w Kwidzynie i zwycięstwa ze sobą w niełatwym przecież Biegu Papiernika. Rzecz jasna - jeszcze tam wrócę, bo oprócz tego, że jest to świetna pod względem organizacyjnym, socjalnym i programowym impreza biegowa, to ma jeszcze w sobie to „coś”, co każe mówić na pożegnanie: „do zobaczenia za rok”. No, może czasem, gdy nie wszystko pójdzie zgodnie z planem - przy użyciu niezbyt wyszukanych słów, ale jednak zawsze tak samo zobowiązujących.. ;-)

-KRZYSZTOF MRÓZ-

„Ja (pa)pierniczę” – czyli kilka słów od Cioci Agi. Kwidzyński „Papiernik” to tradycja – jeden z pierwszych biegów, od których zaczęła się moja historia z tupaniem przed siebie, każdego roku szansa na pierwszą opaleniznę w sezonie (cytując mojego męża: „Są 3 pewne rzeczy na świecie – podatki, śmierć i pogoda na ‘Papierniku’”) oraz szereg niezapomnianych przygód z lat ubiegłych – od wygranego w losowaniu tabletu, po zgubienie nowiusieńkich butów biegowych (tak, to jest możliwe…).

Jak co roku liczna ekipa Grupy Malbork zapisana, zwarta i gotowa na miłe wspólne chwile spotkała się przy odbieraniu pakietów startowych. A razem z nami rodziny, znajomi, kibice… Ta impreza naprawdę ma klimat! I podobnie jak w latach ubiegłych – plan, żeby potruchtać na luzie. Trasa biegu, poprowadzona przez zakłady International Paper Kwidzyn, z kilkoma zakrętami, stojącym w miejscu powietrzem o zapachu kiszonej kapusty oraz zabójczym podbiegiem pod koniec biegu pokonywanym w palącym słońcu, nie zachęca do bicia rekordów. Ma być miło, w końcu run is fun!

Nikt nie spodziewał się nieoczekiwanej zmiany planów. Do momentu startu, kiedy to starszy stażem biegowym oraz bardziej doświadczony w tym temacie kolega klubowy Maciek Frankiewicz postanowił spłatać mi małego psikusa. Kilka niewinnych pytań o dotychczasowy rekord życiowy, wykonywane treningi i samopoczucie, i szybko plan pt. „startujemy – z – końca - stawki – i – pomalutku – wyprzedzamy, – kogo – się – da” zamienił się na „No – przecież – nie – wypada – pobiec – ‘dyszki’ – powyżej – godziny”. I się zaczęło…

Czułam, że jest szybciej, niż planowałam, ale biegło mi się bardzo dobrze, więc nie narzekałam. Maciek sprawdzał się w roli ‘zająca’ (lub raczej ‘białego króliczka’) wyśmienicie – serwował frykasy w postaci wody, mokrych gąbek oraz okrzyków typu ‘Dawaj, Ciocia, dawaj’ na zawołanie albo i bez, co chwilę sprawdzał, czy biegnę za nim. Równe tempo, dobre towarzystwo i znienawidzone disco polo w okolicy 6 – 7 kilometra motywowały do pokonania trasy w przyzwoitym czasie.

Około 8 kilometra entuzjazm i siły trochę wyparowały pod wpływem prażącego słońca i już nie było tak łatwo przyspieszać, szczególnie na niekończącym się podbiegu. Systematycznie schładzana wodą dodawałam sobie otuchy przeklinając w myślach każdy trening, na który nie poszłam i każdą niezdrową przekąskę, której sobie nie odmówiłam. Zrobiło się ciężko, na szczęście wiedziałam, że za zakrętem będzie z górki na stadion i metę. Podobno na finiszu wyglądałam jak "woskowy zombiak" (na wszelki wypadek nie poszukuję zdjęć z tego etapu biegu), ale po przekroczeniu linii mety i zawieszeniu medalu na szyi wszystko wróciło do normy – kolorki na twarzy, uśmiech od ucha do ucha, buzujące endorfiny. Szybka kontrola czasu biegu i … JEST! NOWA „ŻYCIÓWKA”! Dziękuję Franku, dziękuję GM! Jest moc!

Wiem, wiem… Znowu piszę o biegu na 10 kilometrów jakby to był, co najmniej maraton… I znowu powtórzę to, w co głęboko wierzę – nie należy lekceważyć ŻADNEGO dystansu. Każdy potrafi, dosłownie i w przenośni, nieźle dać w kość.

Z biegowym pozdrowieniem, Ciocia Aga

-AGNIESZKA JEROMIN-

 

 

Misja "Zając". Mogę tylko dodać kilka słów do powyższej opowieści... Tak, to ja spowodowałem, że Ciocia Aga mnie do dziś nienawidzi ..... Prawdę mówiąc, ten niecny plan narodził się już w trakcie biegu, a nie przed startem ... ale zacznijmy od początku. Te zawody ze względu na majową pogodę traktuje, jako fajną zabawę i nie stratuje tu na "maxa". W tym roku mimo optymistycznych prognoz znowu był tradycyjny upał, spory tłum biegaczy, dodatkowo termin (czyli tydzień po mocnym maratonie) utwierdził mnie tylko że "Papiernika" przebiegnę w pełni komfortowo. Wystartowałem z samego końca stawki, jako "zajączek" towarzyszący Agnieszce. Początkowy plan był żeby się zmieścić w godzinie. W trakcie biegu ciągle kontrolując czas stwierdziłem że można podkręcić tempo i zakończyć bieg z czasem ok 00:55:00.

Na 3 km zaproponowałem Agnieszce że zajmę się prowadzeniem, jej zadaniem było utrzymać tempo, o nic się nie martwić tylko biec do przodu, wodę do picia, gąbki chłodzące i  wszystko to co trzeba dostarczę jej na trasie. Od samego startu konsekwentnie wymijaliśmy kolejnych zawodników, Aga trzymała się mocno i nie słabła, 5-6 km podjąłem decyzje, że jeszcze 2 km delikatnie przyspieszę a na ostatnich maksymalnie podkręcimy tempo tak by średnią na mecie uzyskać w granicach 5:10. Kilometry uciekały a my jak radziecki czołg w 1945 parliśmy ciągle do przodu, wyprzedzając wymęczonych biegaczy. Ostatnim testem był podbieg kończący 9 km, mimo wielkiego kryzysu Aga pokonała go i przy wielkim dopingu ruszyliśmy z górki w kierunku stadionu .... Finisz jak dwa Perszingi... Nic już nie mogło nas zatrzymać.

Metę przekroczyliśmy z czasem 00:51:22. Agnieszka zanotowała niespodziewaną, rewelacyjną "życiówkę", ja natomiast mogłem się cieszyć z jej sukcesu i że udało nam się zakończyć bieg w tak rewelacyjnym stylu. Warto pomagać :) Ciocia Aga to Dzielna dziewczyna !!!. Z wykresu widać, że rozpędzaliśmy się z każdym kilometrem i mimo kryzysów oraz bardzo trudnego 9 kilometra (podbieg) Aga utrzymała zadane tempo, to dobra prognoza na kolejne miesiące treningowe. Podejrzewam, że przy konsekwentnym podejściu treningowym złamanie 50 minut w tym roku nie będzie stanowić problemu. Jeszcze raz Gratulacje Ciocia !!!

-MACIEJ FRANKIEWICZ-

 

"Czasami warto zacząć na końcu." Rok temu nie pobiegłem w V edycji Biegu Papiernika, żegnałem bliskiego człowieka, któremu w bardzo dużej mierze zawdzięczam miejsce w jakim się obecnie znajduję, szczególnie zawodowo. Mobilizował do pracy, nauki i wiary we własne możliwości. Wspierał pasję i nigdy nie pozwalał się poddawać. To wielki człowiek i na zawsze pozostanie w moim sercu. W tym miejscu dziękuję ekipie GM i przyjaciołom, którzy wtedy mega mocno wspierali mój system operacyjny... Do Kwidzyna pojechałem trochę na "emocjach", wspomnieniach i wsparciu mocą serdecznych przyjaciół, pobiec tak po prostu, w pewnym sensie bez celu... Chcecie dowiedzieć się co było dalej? Zapraszamy do reportażu - Zdjęcie jest linkiem. Serdeczności

-MAREK MRÓZ-

6 Kwidzyński Bieg Papiernika - 23-05-2015 - Kwidzyn (10 km)
LpImię i NazwiskoMiejsce w OpenCzas nettoMiejsce w kategorii
1Łukasz Godlewski75/327500:37:31 29 (M30)
2Michał Krotowski143/327500:39:25 58 (M30)
3Rafał Łakomy157/327500:39:40 67 (M30)
4Krzysztof Barnaś294/327500:41:53 128 (M30)
5Paweł Szymkowiak317/327500:42:06 138 (M30)
6Marek Dackiewicz365/327500:42:36 162 (M30)
7Patryk Skrzyński480/327500:43:51 208 (M30)
8Jacek Manteufel561/327500:44:34 113 (M20)
9Marek Mróz582/327500:44:49 248 (M30)
10Arek Dylert591/327500:44:54 252 (M30)
11Krzysztof Wąsik705/327500:45:48 144 (M40)
12Alicja Fiałek772/327500:46:23 20 (K20)
13Kamila Anaczkowska846/327500:46:54 21 (K20)
14Krzysztof Mróz863/327500:47:03 (rż) 185 (M40)
15Przemysław Ignaszewski994/327500:48:03 394 (M30)
16Bartosz Jeromin1142/327500:48:51 442 (M30)
17Krzysztof Iwanek1143/327500:48:51 258 (M40)
18Radosław Meryk1404/327500:50:39 323 (M40)
19Maciej Frankiewicz1498/327500:51:20 535 (M30)
20Agnieszka Jeromin1501/327500:51:21 (rż) 68 (K30)
21Barbara Sosna2944/327501:05:17 200 (K20)

!!!! WSZYSTKIM ZAWODNIKOM GRATULUJEMY !!!!

Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem