foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

Marzenia się spełniają....

   Foto. Ryszard Walendziak

Moje założenia biegowo-startowe były takie, aby po Biegu z Okazji Święta Lotnictwa Polskiego wrzucić nieco na luz, czyli wejść w okres odpoczynku i spokojnego, powakacyjnego treningu. Krótko mówiąc pozwolić sobie odetchnąć po udanym letnim sezonie. Jednak wszystko potoczyło się inaczej za namową mojego męża Rysia a dzięki uprzejmości jednego z kolegów z 22. Bazy Lotnictwa Taktycznego, który wcześniej opłacił start za półmaraton w Iławie. Tak to pozwoliłam sobie na odrobinę szaleństwa i na dwa dni przed biegiem zdecydowałam się, aby ostatecznie wziąć w nim udział. Zamysł jednak był taki, żeby pokonać go treningowo. W miarę upływu czasu a raczej godzin ;-) nachodziła mnie myśl, aby jednak postarać się pobiec go nieco mocniej. W tyle głowy świtało: „gdyby tak udało się złamać magiczne dla mnie 1:49:59”. Jednak pośpiesznie analizując moje ostatnie treningi natychmiast weryfikowałam „ukryte” marzenie.

Szybko udało mi się zorganizować transport z Andrzejem Rybczyńskim i Zenkiem Kaszubowskim. W sobotę rano po sutym śniadaniu, wzięłam za rękę mojego ośmioletniego syna i udaliśmy się na miejsce zbiórki, gdzie czekali na nas Aneta z Zenkiem, Andrzej i Radek, który na udział w biegu zdecydował się dzień wcześniej. Dwoma samochodami ruszyliśmy w kierunku Iławy. Spokojnie dotarliśmy do biura zawodów. Szybko i sprawnie odebraliśmy nasze pakiety i mieliśmy jeszcze czas na rozmowę ze znajomymi biegaczami, którzy coraz liczniej przybywali do Iławy. Później zmiana stroju i rozgrzewka. Truchtając w towarzystwie kolegów z GM „podsłuchałam” ich ustalenia co do taktyki rozegrania półmaratonu. Chłopaki mieli ustalone średnie prędkości przelotowe na określonych odcinkach. Zdecydowałam się biec z nimi jednak gdzieś ćmiła mi myśl, że mogę nie dać rady przy tak wysokiej jak na dystans 21 km temperaturze. „Ryba” i ja mieliśmy jeden cel: pobić swoje rekordy. Radka celem było nam w tym pomóc :-)

Stanęliśmy na starcie. Wielkie odliczanie…Ostatnie słowa: „powodzenia!” Całus na szczęście od męża… Ruszyliśmy! Ponad 500 osób wystartowało w III Iławskim Półmaratonie LA RIVE  a wśród nich JA! Półmaraton – to brzmi dumnie. Drugi w tym sezonie i… jak Bóg da – trzeci ukończony w ogóle. Pozwoliłam, aby ta myśl prowadziła mnie do mety.

Rozpoczęliśmy ustalonym tempem – cała nasza trójka, no bo Zenek poszedł jak strzała. Miałam wrażenie, że wszyscy nas wyprzedzają, ale gdy zerknęłam na zegarek zobaczyłam, że nasza prędkość jest ok. Czyżby wszyscy mieli plany na złamanie 1: 45 i więcej? ;-) Do 3 km dawałam chłopakom radę, widząc, że nieco przyspieszają ostatni raz spytałam Radka o wartości czasowe z jakimi powinnam biec a także na którym kilometrze powinnam je zwiększać, po czym spoglądając na mojego Garmina - postanowiłam zwolnić trzymając się ustalonych założeń. Pierwsza część trasy wiodła po drodze asfaltowej w cieniu rzucanym przez przydrożne drzewa. Od około 10 km biegliśmy już w pełnym słońcu. Na 14 km był punkt nawadniający – widząc go z daleka – po raz drugi i ostatni posiliłam się żelem. Cały czas widziałam przed sobą majaczące postaci Radka i Andrzeja.  Na 16 km „zrównałam” się z Rybą – po Radku nie było już śladu. Chwilę biegliśmy razem. Właśnie przeżywałam mały kryzys dając Andrzejowi komunikat, że tym tempem chyba nie dam rady. Wtedy on (za co BARDZO mu dziękuję!) krzyknął do mnie, że przecież ja sama narzucam sobie tempo i na pewno dam radę!!! Jak niewiele czasem trzeba, aby znowu zacząć wierzyć w siebie i swoje możliwości. Odrodzona niczym feniks z popiołu, uparcie realizując plan, walcząc ze swoimi słabościami, dość silnym wiatrem, pod który cały czas biegliśmy i palącym słońcem BIEGŁAM DALEJ.

Ostatni odcinek trasy wiódł brzegiem jeziora. Zobaczyłam tłum kibiców oraz elektroniczny zegar zwiastujący metę i zaczęłam ostry finisz! Ale nagle…. cóż za zdziwienie…. nawrotka ?! O Boże jeszcze ze 150 metrów albo i więcej….a później skręt w prawo! Co dalej?! Nie widzę! Chyba mam biec pod górkę? Szybka analiza….Ten falstart mnie wykończył…muszę zachować resztkę sił…Podbiegam bliżej…TO KONIEC!!! Meta „ukryła się” za zakrętem – taki psikus organizatorów :-) Rzut oka na zegarek 1:49:22!!! UDAŁO SIĘ!!! Na mecie czekał Radek! Cóż za radość! Podbiegłam do niego, uścisnęłam „to dzięki Tobie”- powiedziałam. Za chwilę wbiegł Andrzej także osiągając swój cel! Oboje poprawiliśmy nasze rekordy życiowe! Poczekaliśmy jeszcze na Rysia, który bieg potraktował czysto treningowo i w tych wspaniałych nastrojach udaliśmy się na zasłużony relaks.

Jako najbardziej zasłużeni biegacze w nagrodę otrzymaliśmy godzinny rejs ;-D Na przystani naszym oczom ukazała się - ni mniej, ni więcej – piękna łódź. Nasz kapitan zafundował nam wspaniałą wycieczkę po Pojezierzu Iławskim. Wygrzewając się w słońcu, czując wiatr we włosach i goryczkowy smak napoju bogów delektowaliśmy się pięknem przyrody. W tak doborowym towarzystwie i w cudownych humorach spędziliśmy resztę dnia. :-))

PS.

Pisząc ten reportaż przypominam sobie wszystko, tak jakby ten bieg był wczoraj. Radość z upragnionego rekordu wcale nie jest mniejsza – tak, jakby emocje jeszcze nie opadły. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że dla bardzo wielu biegaczy - to żaden wyczyn pokonać barierę 1:50 w półmaratonie, ale ja rywalizuję i walczę jedynie sama ze sobą, ze swoimi słabościami i ze swoimi rekordami. Wiem ile pracy muszę wkładać aby poprawić się o każde 60 sekund i dlatego tak bardzo mnie to cieszy!

INFO - Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem