Co jest najważniejsze...

Foto. Wioletta Jedynak
29 września 2013r. równolegle z Maratonem w Berlinie, wystartował bliźniaczy maraton w naszej stolicy. W Maratonie wzięło udział czworo naszych biegaczy: Jarek Marks, Jacek Jakusik, Dariusz Protas i Arek Dylert. Wiola Jedynak wyjątkowo pobiegła piątkę, wyjaśniam nie pięć maratonów, nie pięć minut na kilometr, ale wzięła udział w biegu towarzyszącym na pięć kilometrów. Wiolka wybaczamy, ale dziewczyno popraw się, jedyne co cię usprawiedliwia to okres zamknięcia roku finansowego, jak ktoś miał rachunkowość to jest w temacie. Zacznę od początku…… A więc wyruszyliśmy z Malbork w sobotę o godzinie 11:30 by już o 15:30 zameldować się na Stadionie Narodowym po odbiór pakietów. Tam spotkaliśmy się z Wiolą Jedynak u której mieliśmy przewidziany nocleg i pasta party z pyszną zupą gulaszową. U Wioli także nie zabrakło ciekawych gości jak Piotr Silkin z Litwy który startował w kategorii M70 i ukończył maraton z czasem 3:34:21. Gratulujemy takiej kondycji w wieku 72 lat. Kolejnym gościem był Zielonka Mariusz który w Warszawie przebiegł swój 100 maraton zajęło mu to bagatela 5 lat :) wielki szacunek.

Dzień startu, pobudka rano i zajadanie śniadania i zero kolejki do łazienki, halo coś tu nie gra? Przecież jest nas tylko 6 startujących :) a gdzie reszta ? Oczywiście w Berlinie.
Po śniadaniu tramwajem udaliśmy się na start, gdzie zobaczyliśmy rzekę ludzi zmierzających do depozytu, podążyliśmy za nimi aby zostawić nasze klubowe kurtki. Temperatura oscylowała około 8 C, było nam lekko zimno ale taka temperatura była idealna na start w naszej stolicy. Rozdzieliliśmy się z Jarkiem, z racji tego że on zamierzał biec o wiele szybciej od nas i musiał się porządnie rozgrzać, a ja z Jackiem skrywaliśmy się w podziemiach stadionu do ostatniej chwili aby nie czuć chłodu, jaki panował na zewnątrz. W końcu wyruszyliśmy na małe tuptanko i odwiedziny Toy Toya które były ustawione wzdłuż linii startu. Bardzo dobry pomysł organizatorów. Wraz z Jackiem ustawiliśmy się przy tabliczce 3:30 i oczekiwaliśmy startu. Usłyszeliśmy znajomy głos i odliczanie to był Przemysław Babiarz, który prowadził konferansjerkę na wielkim Monstertrucku.

Ruszyliśmy, plan był taki aby zacząć wolniej i spokojnie przyśpieszać. Pierwsze kilometry minęły planowo i biegliśmy razem z Jackiem podziwiając stolicę, ale jak minęły nas baloniki na 3:30, choć nie wiem skąd się wzięły za nami to mimochodem przyśpieszyliśmy, po pewnym czasie zegarek wskazał mi 4:55 na km co było za szybko jak na trzeci kilometr i zacząłem zwalniać a Jacek pognał dalej. Na około 4 km zobaczyłem Pawła Kamińskiego z GM który stał w naszej charakterystycznej kurtce klubowej i dopingował biegaczy od razu zrobiło mi się cieplej na duszy i z uśmiechem pobiegłem dalej. Wodopoje były co 2,5 km i na każdym brałem ze dwa łyki wody ale chyba stres dawał o sobie znać i spokojnie realizowałem plan, wychodziło raz szybciej raz wolniej, ale znajome krajobrazy Warszawy przypominały miłe chwile z półmaratonów jakie tu biegałem.

Na 10 km dopingowała mnie moja rodzinka, która przyjechała mnie wspierać, moja żona Monika i Filip skakali do góry krzycząc jak by mnie nie widzieli od nie wiem jak dawna a moje serce urosło dwukrotnie, wielki uśmiech zagościł na mojej twarzy, przybiłem piątkę Filipowi i ruszyłem w dalszą podróż do zwycięstwa. I tak sobie biegłem, przez Łazienki w kierunku Wilanowa, gdzie zobaczyłem budowaną Świątynie Opatrzności Bożej i to dodało mi sił, w duchu rozmawiałem z Bogiem dziękowałem jemu za miłość jaką mnie obdarzył, dziękowałem za wspaniałą rodzinę którą mam i prosiłem o siły aby dotrzeć do mety. I tak biegłem sobie dalej aż w końcu pęcherz znowu o sobie przypomniał i to był czarty stop. Na 30 km zjadłem ostatni żel który zapiłem kubkiem wody, a tu nagle poczułem przeszywający skurcz żołądka, przeraziło mnie to na chwilę, ale poprosiłem Boga o siłę i nie zwolniłem tylko parłem dalej do przodu. Zaraz po potem ponownie ujrzałem kochającą rodzinę jak mi kibicowała i serce mi ścisnęło z radości, dawka emocji jaka mi towarzyszyła wycisnęła mi łzy z oczu. Biegłem tak przez jakiś czas i próbowałem nad sobą zapanować, bo jak tu biec płacząc po drodze.
Przed startem umówiłem się z Heniem Witt, że około 30 km poda mi izotonik, pojawił się na 33 km :) wraz z Grażynką Witt. Niesamowite wsparcie jak się widzi znajome twarze które cię dopingują. Bieg toczył się dalej aż na Alejach Ujazdowskich zobaczyłem Monikę która krzyczała- dopingowała mnie z tramwaju, który jechał w tym samym kierunku co ja biegłem. I tak ja dobiegałem do przystanku a ona dojeżdżała tramwajem i krzyczała do mnie machając co przekładało się na wielkie wsparcie emocjonalne (z Moniki relacji wiem że wszyscy pasażerowie tramwaju zaangażowali się w wypatrywanie mnie, bili brawo). Bóg mnie kocha, rodzina mnie kocha cóż innego mi potrzeba.

Zgodnie z przyjętą wcześniej taktyką Negative Split ostatnie 10 km miało to być ściganie się z samym sobą ale u mnie nastąpiło to dopiero na 37 km i od tamtej pory zacząłem przyśpieszać, schodząc do prędkości 5:00. na 40 km poczułem taką swobodę, że spokojnie przyśpieszyłem do 4:30 i na 41 km zobaczyłem Jacka, dobiegłem do niego i zapytałem jak się czuje i czy lecimy razem do mety, ale Jacek odmówił ze względów jemu wiadomych i zdopingował mnie do przyspieszenia. Kolejny kilometr pokonałem w tym samym czasie. Zacząłem odczuwać przyśpieszony puls, bo gdy zerknąłem na pulsometr wskazywał 174 bpm. I tak swój bieg zakończyłem finiszem na Stadionie Narodowym z czasem 3:39:52 netto. Zaczekałem na Jacka, razem udaliśmy się po medale, napoje i do depozytu. Zmęczeni ale szczęśliwi oczekiwaliśmy na moją rodzinę aby razem udać się do mieszkania Wioli i Darka gdzie zregenerowaliśmy utracone siły pastą i izotonikami. Maraton w Warszawie tym samym uważam za zakończony, nauczył każdego z nas z GM czegoś ważnego jednych pokory, innych że na wynik pracuje się ciałem, głową, systematycznością, mnie nauczył co jest najważniejsze w życiu. Pozdrawiam - Arek Dylert.