KLUB BIEGACZA GRUPA MALBORK - XXX VIENNA CITY MARATHON

foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

Vienna Story...

 

Foto. Agnieszka i Bartek

Nie wiem kto to w ogóle będzie chciał czytać... no ale.... Uwaga opowieść zawiera lokowanie produktu !
Moją drugą a naszą pierwszą wspólną wyprawę z cyklu "turystyki biegowej" pod kryptonimem "Vienna" zaczęliśmy już w czwartek 11 kwietnia. Podróż do Bielska-Białej gdzie była nasza baza wypadowa pokonaliśmy dzięki uprzejmości PKP w trzech etapach (Malbork - Toruń - Częstochowa - Bielsko Biała). Po Skompletowaniu całej załogi (osiem osób) i spożyciu powitalnych izotoników z czeskiego przemysłu piwowarskiego nadszedł czas na odpoczynek. Ten nie trwał długo bowiem z samego rana wskoczyliśmy na nasze mechaniczne konie marki Opel i ruszyliśmy poprzez Czechy i Słowację ku ziemi obiecanej czekoladą i Mozartem płynącej.

 

Po dotarciu do celu odebraliśmy pakiety startowe bardzo hojnie wyposażone przez organizatora. Otrzymaliśmy zatem milion zniżek do sklepów sportowych w całych Austro-Węgrzech, kapsułkę ratującą życie z mega dawką magnezu oraz płyn do prania. Podobno producent zapewnia o 100% skuteczności w zmywaniu plam z potu, krwi i innych płynów ustrojowych (testowane na uczestnikach Love Parade w Berlinie). Wyposażeni w w/w arsenał ruszyliśmy do znanego nam z Berlina hotelowi "Meininger". Po raz kolejny, tak jak w stolicy Niemiec będącej kolebką światowego pokoju i miłości udało nam się zadekować dosłownie 5 min drogi od centrum miasta. Czym prędzej rozpoczęliśmy więc proces zwiedzania. Starówka, piękne katedry i ratusz pod którym odbywało się akurat święto wina spowodowały lekki szum głowy i dziwne odgłosy z porannej toalety następnego dnia. Ten, według ustaleń powinien byś spokojny, wypełniony wyciszeniem, odpoczynkiem i porządnym prowiantem, aby następnego dnia na trasie biegu był przysłowiowy "ogień z dupy"....
Niestety, jak już wyrwie się bezrobotny z Malborka w wielki świat to łapie wszystko na raz. Tak więc najważniejszy dzień przed maratonem wypełniliśmy 12 (słownie dwunastoma!) godzinami chodzenia i zwiedzania z kilkugodzinną przerwą na szaleństwa na Praterze. Miejsce to będące jednym z największych wesołych miasteczek w Europie zapewniło nam mega dawkę adrenaliny i zmniejszyło stan portfeli o kilkadziesiąt euro. Dzień zakończyliśmy typowym austriackim posiłkiem czyli spaghetti bolognese/carbonara oraz pizzą zrobioną oraz podaną przez ludność napływową.  Żeby nie było wiochy niektórzy dopchali się lokalnym wurstem z musztardą i zapili piw... znaczy się IZOTONIKIEM. Około godziny 22:00 wszyscy leżeli na swoich pryczach masując obolałe stopy i przeklinając własną głupotę.

Dzień startu przywitał nas słońcem i temperaturą ok 15 stopni z rana co nie wróżyło najlepiej. Śniadanko hotelowe (5,90 eur) pokazało różnorodną taktykę obraną przez biegaczy. Część zbyt mocno przywiązana do słowiańskiej tradycji pałaszowała bułki z salami i serem zapijając gorącą herbatą, inni, ci bardziej prozachodni (nie znaczy że oglądający TVN24) wybrali miskę muesli z owocami i jogurtem oraz bułki z nutellą. Jedną i drugą grupę pod wpływem stresu i wypitych dzień wcześniej izotoników pogodziły hotelowe toalety.

Drogę na strefę startu pokonaliśmy metrem razem z tysiącami innych szaleńców z całego świata nie mających nic lepszego do roboty tylko katować się przez 42km. Po zostawieniu depozytów w ciężarówkach marki mi nieznanej rozdzieliliśmy się na trzy grupy. Pierwszą stanowiły żony, partnerki oraz dzieci Krzyśka i Kuby biegnących z nami, mające za zadanie na 9, 25 i 42 km dopingować nas okrzykiem i zakupionymi wcześniej w markecie Tesco flagami. Drugą część Teamu byli wspomniani Krzysiek i Kuba mający ambitny plan zejścia poniżej 3:30h. Aby bardziej się zmotywować założyli się, ze jeśli nie dadzą rady to następnego dnia wracamy do wesołego miasteczka i idą na "procę". To zmyślne urządzenie polegało na wystrzelenie w przestrzeń powietrzną dwóch nieszczęśników z prędkością powodującą wyjście ewakuacyjne jelit przez "tylne drzwi".
Ostatnią częścią zespołu byliśmy ja i Agnieszka. Nasza taktyka była prosta: biegniemy razem połówkę, Aga finiszuje a ja kontynuuję dzieło zniszczenia własnego organizmu czyli kolejne 21km. Chcieliśmy bardzo złamać 2h na połówce niestety pogoda dała nam się we znaki od samego początku. Nasze smukłe i wątłe ciała przyzwyczajone do biegania temp ok 5 stopni doznały szoku. Szybki proces odwadniania spowodował, że Aga pojawiła się na mecie z czasem 2h08m co należy przyjąć jako sukces.

Moja walka z pogodą i samym sobą rozpoczęła się na dobre na 25km gdy z naprzeciwka mijali mnie ci, którzy byli już na 35km. Doping naszych kibiców oraz koszulka z orzełkiem dodawały sił na tyle by przemieszczać się od wodopoju do wodopoju. Swój finisz dzięki zaawansowanym rozwiązaniom logistycznym udało mi się wykonać z wzniesioną flagą biało-czerwoną czego niestety nie udało się uwiecznić przez austriackich (chyba) fotografów. 4h21m i życiówka z Berlina poprawiona o trzy minuty. Wynik daleki od ideału ale bez odpowiedniego treningu i w temperaturze ponad 20 stopni jest to dla mnie bez wątpienia duży sukces.

Warto dodać, że Krzysiek i Kuba dobiegli w czasie 3h29m, poprawili życiówki o ponad 20min i co najważniejsze uniknęli "procy".

Resztę dnia spędziliśmy kuśtykając od baru do baru regenerując siły i popijając izotonikiem kolejne ketonale. Podróż powrotna ze względu na bolące chyba wszystkie mięśnie był koszmarem ale to już mało ważne... :)

Kolejny wyjazd z cyklu "turystyki biegowej" w przygotowaniu... Z Pozdrowieniem - Bartek Jeromin

Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem