KLUB BIEGACZA GRUPA MALBORK - DIABELSKI ULTRAMARATON

foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

…Gdzieś przeczytałem takie oto słowa: „(…) Ultramaraton jest jak sztorm, zmęczenie zwala się na ciało z uporem, konsekwencją i niezmordowanie. Raz za razem. Już czujesz, że jest dobrze, że wszystko się uspokaja, cichnie, kiedy uderza jeszcze raz. Wygina maszt trzeszczącego kręgosłupa, zalewa twarz i oczy słoną wodą….” * Nic dodać nic ująć taki właśnie jest bieg w górach, taki właśnie jest górski Ultramaraton. Z jednej strony technicznie trudny i fizycznie ciężki, wyciskający piętno na ciele i umyśle a z drugiej przepiękny, dający naprawdę moc pozytywnej energii i satysfakcji.

 

Bieganie po górach ma w sobie coś innego, coś, czego nie znajdzie się na trasach asfaltowych szybkich, masowych wyścigów w mieście, tu musisz liczyć tylko na siebie, tu nie jesteś w stanie dokładnie opracować strategii jak pobiegniesz, czy wg wskazań zegarka, z jakim tempem i czy przy przekroczeniu półmetka będziesz miał siłę przyspieszyć. Tu nie jesteś w stanie określić czy starczy ci paliwa by dobiec do mety nawet na oparach.  Tu nie wiesz czy przypadkiem siły natury nie wygrają i żywioły nie przejmą kontroli nad całą zabawą. Tu element zwany pechem jest więcej niż prawdopodobny, wszelkie urazy i kontuzje na trasie tylko czekają by wskoczyć na ciebie spod wystających korzeni, grząskiego błota czy śliskich kamieni ukrytych w liściach i trawach. Chwila, moment nieuwagi i leżysz w rowie lub na drzewie z roztrzaskaną nogą, ręką lub głową.

A mimo tych wszystkich przeciwności podejmujesz wyzwanie. Dlaczego?

Ano, dlatego bo kochasz ryzyko i adrenalinę, tu nie wiesz, co cię czeka za kolejnym zakrętem, podbiegiem, zbiegiem czy nawet kępą traw lub krzaków. Dlatego że, zawsze walczysz do końca mimo wielu niewiadomych, wiedząc, że całość od startu do mety jest wielką zagadką … zagadką, na którą może nie starczyć ci sił by ją rozwiązać do końca. Dlatego, bo uwielbiasz wolność... twoim przeciwnikiem, jest przede wszystkim  przyroda, natura, która potrafi być niesamowicie groźna i piękna, widoki, jakich dostarcza trasa nigdy nie pojawią się w mieście.

Wiatr, woda i ziemia to wszystko tworzy niezapomniane wrażenie takie, że człowiek czuje się zupełnie malutki i nieporadny wobec natury. To chęć przeżycia niesamowitej przygody przyciąga ludzi do biegania w górach, w terenie daleko od betonu i asfaltu, daleko od cywilizacji.

Nie będę się tu rozpisywał na temat całego pobytu w Bieszczadach, bo to opowieść na kilka artykułów, skupie się tylko na przeżyciach związanych z zawodami, na imprezie, w której pierwszy raz w życiu przekroczyłem kolejną granicę w mojej krótkiej karierze biegacza amatora. Właściwie można powiedzieć, że był to mój pierwszy prawdziwy Ultramaraton… magiczna bariera 50km na trasie została złamana…. A zaczęło się to wszystko bardzo niewinnie …

Historia a zarazem początek tego wydarzenia sięga kilku miesięcy wstecz, bowiem Bieszczady miałem „zwiedzać", jako uczestnik Biegu Rzeźnika, niestety zapisy trwały bardzo krótko i nie udało zakwalifikować drużyny. Na otarcie łez postanowiłem wystartować jesienią w II edycji Bieszczadzkiego Ultra na dystansie 53km. Planowałem połączyć to razem w wypadem w Karkonosze, dwa duże biegi górskie w jednym roku, jako fajna przygoda biegowa.

Zabawę zaczęliśmy w niedzielę rano, wszyscy zebrali się nieopodal słynnej Siekierezady w Cisnej gdzie był umiejscowiony nasz Start, Październikowy poranek w tym roku był bardzo ciepły i słoneczny, wymarzona pogoda by ruszyć na tak wymagająca trasę, sucho i bezwietrznie, widoczność idealna. Punktualnie 7.30 zaczyna grupa „ultra”, chwile po nas ruszają ludzie na „ćwiartkę”… atmosfera jak to na początku wesoła, pierwsze kilometry po mieście, potem szutrem obrzeżami tzw. Stokówką w kierunku Majdanu, wybiegamy na asfalt, na żółty szlak prosto na przełęcz nad Roztokami Górnymi.

Właściwie początek był całkiem inny niż start w Karkonoszach, spokojnie biegliśmy pierwsze 14 km po asfalcie, niestety ciągle pod górę. Ten początkowy odcinek miałem okazje poznać w piątek, wracaliśmy nim z wyprawy na Okrąglik, po drodze pozdrowiłem jedyną dziurę w asfalcie, którą Marek przeklina pewnie do dnia dzisiejszego, dziurę, która wykluczyła go z biegu. Udało mi się dogonić "Zwola" i razem kontynuowaliśmy wspinaczkę, po drodze w miłej atmosferze konwersowaliśmy sobie z innymi uczestnikami zawodów, pełna sielanka.

Schody zaczęły się w miejscu rozwidlenia, przełęcz nad Roztokami była punktem, w którym łączyły się dwie pętle Ultramaratonu. W tym miejscu po blisko 15 km technicznie prostej asfaltowo szutrowej drogi wbiegliśmy do lasu … wtedy zaczął się prawdziwy Bieszczadzki Ultra…

Początek leśnego etapu, czyli szlak graniczny w kierunku na Balnicę pamiętam, jako ciągłą gonitwę i wyprzedzanie kolejnych grup zawodników, których widziałem na samym początku. Teraz role się odwróciły i ci, co sobie pofolgowali na asfalcie teraz mocno zwolnili szczególnie na stromych podejściach i podbiegach. Wyprzedzałem nawet po kilkanaście osób naraz, podążających jak kaczki albo pingwiny jeden za drugim. Zauważyłem, że spowolnienia generowały również osoby z kijkami, które nie dość, że szły wolno to jeszcze zagradzały drogę na wąskiej ścieżce swoim sprzętem. Krzycząc głośno omijałem ich i w biegu zostawiałem daleko z tyłu. W związku z tym, że było bardzo sucho i nie padało od wielu dni podłoże, po którym mieliśmy okazje się poruszać było bardzo stabilne, buty mocno trzymały i na zbiegach oraz na prostych odcinkach mogłem się rozpędzić. To było całkiem inne bieganie, w 100% różne od tego, jakie było na trasie Szklarska -Śnieżka w sierpniu. Leśne dukty, dużo liści i stabilne gliniaste podłoże, nie uświadczyłem na całej trasie ni głazów, ni skał, ni twardej i szorstkiej kamiennej nawierzchni…. Jedynie, co mogło sprawić niespodziankę to ukryte wśród liści kałuże na wpół zaschniętego błota, lub luźne skupiska drobnych kamyków, na których można było zaliczyć glebę, jeśli się zbytnio nie uważało. Fajnym przeżyciem był rajd wśród traw na połoninach, na już rozdeptanej ścieżce, wężykiem, ciasne zakręty wokół ostrych krzewów i drzew, szczególnie na zbiegach. Adrenalina wzrastała dodatkowo, jeśli na pełnym gazie tuż przed tobą lądował na kolana lub na twarz zawodnik, sekunda na reakcje, pół sekundy na uskok w bok żeby nie podzielić losu współtowarzysza biegu… i znowu pełen gaz … generalnie cały bieg polegał na pokonywaniu coraz to nowych wzniesień i zbieganiu z nich w szalonym tempie na wąskich leśnych ścieżkach.

Bieszczady są specyficznymi "górkami", w większości zarośniętymi lasem liściastym, nie uświadczysz tu widoków skał jak w Tatrach czy Karkonoszach. Szczyty nie są stromymi wierzchołkami tylko ogromniastymi pagórkami, czasami będąc na czubku nawet o tym nie wiesz, bo wszędzie dookoła gęstwina... Zapierające dech w piersiach widoki pojawiają się na połoninach, trawiastych polanach na stokach.... W tych miejscach Bieszczady odkrywają swoje piękno, ogrom i mnogość tych wszystkich większych i mniejszych masywów górskich we wszystkich kolorach jesieni... bajka ..

Odcinki leśne na kilka chwil były poprzecinane drogami lokalnymi gdzie można było odetchnąć, jedną z takich dróg organizatorzy "wymyślili" mniej więcej w połowie dystansu, szutrowo asfaltowa „autostrada” w kierunku na Solinkę a poniżej kolejka bieszczadzka. Miałem okazje zobaczyć jak przemyka po torach, a właściwie zobaczyć tylko i poczuć dym unoszący sie z parowozu, bo wśród drzew i liści nie było mi dane dojrzeć samego pociągu. Płaski odcinek skończył się szybko ok 30 km Obsługa pilnująca naszego bezpieczeństwa na trasie skierowała nas znowu do lasu, a tam kolejna niespodzianka, niesamowicie długi i stromy masyw Berdo, Hyrlatej i Rosochy, na który trzeba było się wdrapać po wyjeżdżonej przez sprzęt leśny koleinie, blisko 2 km podejścia pod prawie pionową górę dało niezły wycisk moim udom …. Kiedyś z przerażeniem patrzyłem na górkę zwaną pieszczotliwie "Zemstą Teściowej" na trasie biegu w Narie, dziś w porównaniu z tym potworem, z jakim miałem się zmierzyć Zemsta była tylko niewinną igraszką …. Krok za krokiem, przeklinając wdrapałem się na górę…. a tam kolejna zagwozdka …nie ma szlaku… tylko ścieżka wśród drzew, krzewów i listowia wydeptana przez zawodników, serpentyny do przebiegnięcia, wielkie kłody i korzenie do przeskakiwania… na drzewach tylko, co jakiś czas żółta taśma lub strzałka wymalowana sprayem….

Całe szczęście, że przede mną biegli ludzie, bo na tym odcinku można było bardzo szybko zejść ze szlaku i stracić oczu drogę…. Ten odcinek, po zdobyciu ww szczytów zakończył się szaleńczym zbiegiem równie stromym jak podejście w kierunku Roztok Górnych …. Mimo że moje nogi już odczuwały pokonane kilometry starałem się biec w miarę szybko, wykorzystać okazje to poćwiczenia zbiegów, których niestety wcześniej nie miałem możliwości opanować…. Bieganie po leśnych ostępach ma to do siebie, że nie do końca trasa jest przewidywalna, rozpędzony człowiek musi uważać na wszystko np. na zwalone w poprzek drogi drzewo, dziury przykryte listowiem a nawet koleiny kół traktora głębokości ok pół metra … jak nie zahamujesz to po tobie, leżysz i kwiczysz z bólu...Kolejnym ciekawym zjawiskiem na tym etapie były strumienie, w których z można było zaczerpnąć wody i schłodzić rozgrzane i zmęczone ciało. Jak tylko mogłem to korzystałem nabierając w czapkę chłodnej wody, taki chłodny prysznic dawał niezłego kopa.

Kilometry mijały bardzo szybko i zanim się zorientowałem byłem już w znajomym punkcie nad Roztokami, szybki posiłek, "tankowanie" izotonika do plecaka i ruszam na drugą pętlę. Tym razem znałem profil, ponieważ kilka dni wcześniej przeszedłem trasę tylko, że w drugą stronę….od punktu nawadniania kawałek asfaltem i potem w górę niebieskim szlakiem przy słowackiej granicy na Okrąglik. Pierwsze podejście zwaliło mnie z nóg, poczułem, że nawet szybszy marsz może spowodować bolesne skórcze w udach, na tą chwilę można powiedzieć przyszedł pierwszy znaczący kryzys było to gdzieś ok 42 km… nie odpuszczałem i powoli zmagałem się z dolegliwościami trasy, wymijając w żółwim tempie kolejnych zawodników. Na tym etapie niebieskim szlakiem spacerowało sporo turystów i to oni w dużym stopniu motywowali mnie do kontynuowania biegu, doping pozwalał na chwile zapomnieć o bólu. Ale tylko na chwile. Już wtedy nadszedł ten czas gdzie już nie tylko w myślach, ale i na głos mrucząc kląłem jak szewc, wyzywałem od różnych „całą tą pierd...ną magie gór", która próbowała sponiewierać moje ciało i umysł. Nawet niesamowite widoki, jakich mi było doświadczyć nie pomogły…. Zapatrzony w ścieżkę z opuszczoną głową brnąłem, kluczyłem miedzy drzewami wypatrując kolejnych jak ja zawodników…przyjąłem sobie prostą strategię, widząc kogoś z przodu starałem się do niego dotrzeć, ale biegłem tylko po płaskim i z górki... podejścia nadal marszem, wolnym marszem, 48 km był kolejnym przełomem, wtedy już nic mnie nie obchodziło, żadne ściganie z kimkolwiek, żadne ściganie z czasem …chciałem już tylko dotrzeć do mety w jednym kawałku….

Trasa z Okrąglika wiła się przez Małe i Duże Jasło, przez Szczawnik lasem i połoninami, wąską ścieżką w liściach i błotnych kałużach czerwonym szlakiem aż do pomnika lotników, którzy zginęli tragicznie w wypadku kilkanaście lat temu…. Końcem tego odcinka był niesamowicie długi zbieg, stromy i kręty…. Na moje szczęście już wyczyszczony z liści, można było zdać się na dobre buty i ruszyć szybciej by nadrobić stracone długim marszem sekundy.

Niesamowite jest to jak człowiek może w sobie zmagazynować pokłady energii i wykrzesać je na ostatnich kilometrach mimo morderczego zmęczenia… pokonując zbieg dołączyłem do grupy dwóch zawodników i razem człapaliśmy gęsiego motywując się nawzajem na ostatnich kilometrach, był to całkiem żwawy kłus jak na tak zdrewniałe kończyny.  Kolejną niespodzianką, jaką dane mi było uświadczyć tego dnia był błotny finisz, rozdeptana śliska breja momentalnie oblepiła buty i nogi. Cała trasa była sucha i w miarę czysta a na sam koniec taka odmiana pozwoliła poczuć cały urok trialu…. Podobno takie fajne błocko jest wiosną w większych ilościach NA RZEŹNIKU … warto by to było sprawdzić w przyszłym roku.

Wybiegając na tory kolejowe kończące czerwony szlak słyszałem już z daleka muzykę … Wiewióry ostro dopingowały, wiedziałem, że finisz jest już, blisko ale spoglądając na Garmina kończyłem dopiero 52 km, jeszcze 1 km został.. ale gdzie? Po mieście? Kolejna mała pętla? …. No nic dam radę...chyba... (i tu padła znowu seria bluzgów)

Strasznie się zdziwiłem jak zostałem skierowany przez obsługę w kierunku Orlika gdzie już w oddali widziałem bramy kończące bieg, okazało się, że pomiar był trochę na wyrost i nie było pełnych 53 km …. Na mecie czekali już Marek i Jacek, którzy swoje zmagania na "ćwiartce" zakończyli dużo wcześniej. Finisz na „pełnym gazie" i niesamowita radość, kiedy na piersi zawisł mi medal z odciśniętą wilczą łapką…. Świat zawirował.. Ze zmęczenia, z przypływu endorfin, ledwo trzymałem się na nogach…ten bieg sponiewierał mnie fizycznie, ale warto było starać się na trasie, warto było klnąc i zaciskać zęby dla takich emocji na mecie… wierzcie mi ludzie...Naprawdę warto.. 

Kilka słów o miasteczku przygotowanym przez organizatorów dla biegaczy i o atmosferze. Wiecie co, coraz bardziej podobają mi się imprezy gdzie nie ma tłumu, nie ma tysięcy biegaczy i tysięcy ludzi kręcących się wokół. Tu atmosfera była raczej rodzinna taka sielankowa, swojska, można było spokojnie rozwalić się na trawie na bosaka spacerować, nie było kolejek do ciepłego posiłku czy zorganizowanego na tą specjalnie okazję regionalnego piwa. Wszędzie panował "spokój" i porządek, pomocni byli wolontariusze, którzy dbali o zawodników szczególnie tych wymęczonych, którzy po przekroczeniu mety opadli z sił. Kapela Wiewiórki na Drzewie tak podkręcała pozytywne wibracje grając niesamowicie energetyczne kawałki, że wielu zawodników jeszcze sobie tańcowało pod sceną. Można było porozmawiać i powspominać wydarzenia na trasie siedząc z piwkiem w ręku. Na trasie poznałem kilka osób, z którymi właśnie w ten sposób celebrowałem zwycięstwo. Wszyscy uśmiechnięci i szczęśliwi. Cała nasza grupa dobiegła do mety w dobrym zdrowiu i każdy z nas przeżył przygodę, o której nie zapomni do końca życia.... Niestety Garmina, co w losowaniu był do wygrania niedane mi było zdobyć, może innym razem...

...Ze swojej strony mogę jeszcze tylko dodać... Wracam w Bieszczady w przyszłym roku, RZEŹNIK czeka... Przemo szykuj się ! ...  :)

Na koniec chciałbym podziękować moim najwierniejszym i najukochańszym kibicom, mojej rodzinie, Ani i Patrykowi, którzy wspierali mnie podczas całego wyjazdu. Bardzo brakowało mi Was na starcie i mecie, mam nadzieje, że następnym razem już w trójkę wyruszymy na bieszczadzkie szlaki... Już niebawem.. :)

...DOBRANOC... :)

 

 

*cytat zaczerpnięty z tekstu opublikowanego w gazecie promującej IIUMB2014

fotografie wykorzystane w artykule są autorstwa:

Maciej "Franek" Frankiewicz, Marek Mróz, Hanna Sypniewska, Grzegorz "Wasyl" Grabowski

 

LINKI PEŁNEJ GALERII Z WYJAZDU PONIŻEJ...KOLEJNO DZIEŃ 1, 2 i 3 ... miłego oglądania :)

 

 

W DWÓCH CZĘŚCIACH FILM Z IMPREZY ZREALIZOWANY PRZEZ BESKID.TV

Z REWELACYJNĄ MUZYKĄ "WIEWIÓREK" W TLE

 

 

 

 

 

Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem