KLUB BIEGACZA GRUPA MALBORK - "GORZKI SMAK PORAŻKI" - BIEG NIEPODLEGŁOŚCI

foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

Właściwie to minęło już sporo czasu od tego wydarzenia, a mimo to chciałbym się podzielić wrażeniami z tego dnia .... zacznijmy jednak od początku ...

Przygotowania:

Bieg Niepodległości w Gdyni był moim ostatnim "mocnym" startem w roku 2014, "mocnym" zaplanowanym startem. Chciałem 11 listopada przełamać granicę 40 minut lub też zbliżyć się do niej znacznie.....ale...


Trening rozpocząłem już na początku września, wprowadziłem nowe elementy a mianowicie siłę biegową, której wcześniej regularnie nie trenowałem wcale.  Raz w tygodniu na stadionie lekkoatletycznym kręciłem kółka w seriach 400m i 800m. Plan też obejmował stopniowe zwiększanie obciążenia poprzez wprowadzenie dodatkowych ćwiczeń i podbiegów.

Niestety założenia i dobre chęci zostały brutalnie zweryfikowane przez życie. Po pierwsze, wiosną zapisałem się na IIUMB, 53 km po bieszczadzkich górach , zaplanowałem rekreacyjne bieganie, niestety nie udało się utrzymać rygoru, teren, dystans i ambicja, chęć walki z żywiołem, jakim był ten ultra spowodowała, że poszedłem na całość i nie oszczędzałem się… rezultat, mocna eksploatacja organizmu, efekty tego galopu czuje do dzisiaj. Po drugie, przymusowe szkolenia w pracy i wyjazd do Zakopanego to kolejny tydzień bez treningów. Każdy pracujący w "korporacji" wie jak wyglądają szkolenia... Używa się życia i za kołnierz nie wylewa tak, że eksploatacja organizmu została spotęgowana o nowe elementy… jedynym plusem tej całej sytuacji było moje piesze wejście na Kasprowy w niedzielny dzień przerwy w "zajęciach" … i tu chyba już na zabój zakochałem się w górach. W niedalekiej przyszłości chciałbym pobiegać po Tatrach … ultra granią to by było coś...

Wracając do tematu… eksploatacja organizmu podczas bieszczadzkiego maratonu biegowego plus eksploatacja organizmu podczas tatrzańskiego maratonu imprezowego spowodowała osłabienie na tyle duże, że przyplątała się infekcja. Przeziębienie spowodowało kolejny z rzędu tydzień bez treningu. Pojedyncze sesje tylko potwierdziły, że organizm jest przeciążony i nie nadaje się do mocniejszych akcentów. Kolejną przeszkodą okazała się praca zawodowa a raczej jej nadmiar… siedzenie po 12 godzin przy komputerze w firmie skutecznie wyssały siły i chęci na wszystko inne oprócz snu.  Suma summarum do zawodów się nie przygotowałem i niestety musiałem moje ambitne plany zweryfikować a łamanie "życiówki" przesunąć na wiosnę, podejrzewam, że do tematu wrócę na Biegu Europejskim w Gdyni, ponieważ pod koniec marca będę najprawdopodobniej atakował wynik podczas jubileuszowego półmaratonu warszawskiego i przy okazji może "dyszkę" też poprawię.

Dzień zawodów.

Ok, wracamy do Biegu Niepodległości. W Gdyni byliśmy dosyć szybko, ponieważ zaplanowane obchody Dnia Niepodległości w ubiegłym roku zatrzymały nas w korku, wiedząc o utrudnieniach tym razem zmieniliśmy trasę dojazdu i godzinę, o której wyruszyliśmy z Malborka. Podróż przebiegła bez problemów, schody zaczęły się już przy Skwerze Kościuszki, brak miejsca do parkowania. Krótki oblot okolicznych uliczek i znaleźliśmy odpowiednią lokalizacje przy klubie muzycznym Ucho. Z auta prosto do biura zawodów. Tam pustki, odbiór pakietów bez kolejki. Chwilę później do naszej grupki dołączyła ekipa z drugiego auta Baśka, Agata, Krzysiek i Ala.

Wszyscy razem pokręciliśmy się po skwerze, zrobiliśmy małą sesje foto przy żaglowcu i spacerkiem poszliśmy po sprzęt by przygotować się do biegu. Tradycyjne miejsce schadzki to 1 piętro w Gemini, nasz ulubiona przebieralnia. Tak na marginesie z biegu na bieg zauważyłem, że nasza miejscówka staje się coraz bardziej popularna..a po czym to stwierdziłem?... Ano po kolejce do kibla, która była już tak długa, że na "posiedzenie" trzeba było jakieś 15 min czekać... Panie na "bramce" niezłe żniwo w tym dniu zebrały... :).   W Gemini była juz cała nasza ekipa, przygotowana, w dobrych nastrojach.. Zrobiłem szybki "przepak", obgadałem z Anką strategie gdzie się potykamy na mecie żeby nie było znowu akcji jak po biegu Świętojańskim i galopem po nieczynnych ruchomych schodach na rozgrzewkę popędziłem.  

Start.

Ostatnimi czasy mam mały problem z "achillesem" i żeby nie bolał muszę go zawsze rozbiegać przed startem. Nie jest łatwo, bo przez tą kontuzje bardziej asekuracyjnie biegam, stopa nie tak układa się z podłożem jak powinna, nie ma sprężystości i mocnego wybicia. Przy okazji destabilizuje drugą nogę... Podejrzewam, że jest to przeciążenie spowodowane dosyć pracowitym sezonem a w szczególności bieganiem w terenie.  Do startu 15 min, rozgrzewka to niecałe 3 km-y truchtu z kilkoma szybszymi akcentami i wbijam się w moją żółtą strefę startową. Odliczanie, strzał z armaty i ruszamy.

Wyrabiam sobie pozycje żeby dobrze przebiec newralgiczny początkowy, ciasny odcinek i po wybiegnięciu na szerszy pas jezdni zaczynam rozwijać szybkość docelową. Już po pierwszych kilometrach spoglądając na "garmina" wiem, że to nie jest to, co powinno być, tempo niby wysokie, ale przekładając to na zmęczenie, jakie odczuwałem już w pierwszym etapie nie wróżyło najlepiej... Kolejne kilometrowe odcinki tylko potwierdziły moje obawy o kompletnym braku formy, czasy przelotowe w granicach około 4: 10 nie gwarantowały dobrego wyniku na mecie. Na podbiegu ulicą Świętojańską zamglonym wzrokiem szukałem gdzieś tam w górze skrzyżowania na Piłsudskiego pomny, że zaraz będzie z górki... Na ostatnie kilometry wykrzesałem jeszcze odrobinkę sił i jakbym tak biegł przez cały dystans to byłbym zadowolony. Niestety ostatnia prosta i widok zegarku z czasem 00:42 "cośtam-cośtam" tylko przypieczętował to o czym już wiedziałem na początku zawodów .... PORAŻKA ...

Jeszcze we wrześniu planowałem atak na złamanie 40 minut a w dniu zawodów 11 listopada mój start zakończyłem z prawie dwuminutową różnica w stosunku do aktualnej życiówki ... no nic, na wiosnę kolejne podejście, bo nic tak nie motywuje jak dostać porządnego kopa w dupę na koniec sezonu. Do treningów siłowych i szybkościowych na stadionie lekkoatletycznym na pewno wrócę, bo bardzo mi się spodobały, po za tym zacząłem już zabawę na lodzie. Poprzez hokej w sezonie zimowym będę budował dodatkową bazę siłową na kolejny sezon. Z drugiej strony bardzo ładnie rośnie konkurencja w postaci Pawła "Szerszenia" Szymkowiaka, chłopak zrobił niesamowity postęp przez rok i dwukrotnie w 2014 poprawił wynik na 10km, wierze, że w przyszłym roku znowu powinien namieszać.  Trzymam kciuki ... a ja ... ja  ciągle gonię Syna Salomona ....

After Party.

Po biegu zanim nasza samochodowa ekipa zameldowała się na mecie minęło sporo czasu. W tym dniu debiutowała Ilona Radecka nowa koleżanka biegowa, dystans pokonała w godzinę z kilkoma minutami, należą się jej gratulacje, bo bardzo sie stresowała na starcie. Dzielnie dotarła do końca a w nagrodę dostała ..kadłub... wszyscy dostaliśmy kadłub żaglowca, ostatni element medalu - układanki.. Kto brał udział we wszystkich czterech biegach z cyklu GPX Gdyni ten na koniec sezonu ma piękną pamiątkę.

Świętowanie tradycyjnie w "naszej" knajpie przy bulwarze cześć ekipy zaczęła wcześniej, zanim dotarliśmy już "wcinali" zamówione potrawy. My dotarliśmy na miejscówkę z lekkim poślizgiem z racji tego, że auto daleko zaparkowane było. Mimo spóźnienia dania zostały szybko podane, nie tak jak w knajpie podczas powrotu z Piły....Debrzno ... NIE POLECAM! :)  ... Tego dnia było co świętować .. "życiówka" Szerszenia, debiut Ilony i zakończenie sezonu...fajnie było się spotkać i przeżyć swoje zmagania jeszcze raz, obgadać na spokojnie cały bieg, pośmiać i powygłupiać.... to był naprawdę dobry dzień ... Dzień Niepodległości ...

..dobranoc...

PS... Jesssuuuuuu jak ja się obżarłem ta pizzą .....  :)

-Franek-

 

..wykorzystane fotki pochodzą z:
-plakatu promującego Bieg Niepodległości w Gdyni
-ze strony www.gdyniasport.pl
-archiwum GM, Foto Anna Frankiewicz

 

 

Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem