KLUB BIEGACZA GRUPA MALBORK - XL BERLIN MARATHON

foto1
foto1
foto1
foto1
foto1

GRUPA MALBORK

KLUB BIEGACZA

EIN MOMENT IN DER GESCHICHTE

Autor. Marek Mróz  Foto. Izabela Niedbala, Marek Mróz

W dniu 29 września 2013r. ruszyliśmy na trasę jednego z największych maratonów na świecie, jubileuszowego 40 Berlin Marathon. Każdy z nas był  gotowy, aby pokonać królewski dystans, z podniesionym czołem. Każdy z nas wykonał wiele pracy i pokonał tysiące kilometrów przygotowując się do tego startu. Każdy z nas miał w sercu i w myślach inny cel, choć zmierzaliśmy do tej samej mety. Każdy z nas musiał walczyć samotnie, ale miał wsparcie w całej paczce trzymającej kciuki i dającej wielką moc. Ten dzień był dla nas wspaniałym świętem, pełnym magii biegania, kolejnym etapem realizacji naszej pasji, pasji, która czyni wolnym…

 

Wyniki osiągnięte przez maratończyków z naszego wesołego autokaru: Magdalena Wolf - 3:56:27, Barbara Łukaszewicz - 4:04:27 RŻ, Wiesław Sosnowski - 2:37:02,  Krzysztof Barcikowski - 2:50:24 RŻ, Ryszard Osiński - 3:03:15, Zenon Kaszubowski - 3:10:32, Marek Czapliński - 3:26:53, Adam Jodko-Narkiewicz - 3:29:45 RŻ,  Leon Treć - 3:29:53, Jacek Manteufel - 3:36:18 RŻ, Jacek Tuński - 3:32:37, Robert Kopiński - 3:35:41, Maciej Frankiewicz - 3:38:05, Krzysztof Kraśniewski - 3:38:48, Lech Piotrowski - 3:45:37, Marek Mróz - 3:50:33 RŻ, Roman Olszewski - 3:51:33, Przemysław Ignaszewski - 3:51:39,Marek Domagała - 3:57, 34,  Jerzy Imianowski - 4:00:59, Ryszard Lenkiewicz - 4:05:32, Mirosław Jurewicz - 4:10:23, Radosław Meryk - 4:14:13, Andrzej Ludwik - 4:22:31, Marek Hołubowicz - 4:26:36, Jacek Krawczyński - 4:43:55, Roman Jaskot - 4:44:19, Paweł Treć - 5:32:23, Wojciech Leśniak - 5:38:14 Debiut. Berliński Maraton jest dla mnie wyjątkowy, stał się maratonem mojego życia, to tam poznałem magię tego biegu, to tam zrodziły się kolejne biegowe marzenia i plany mojej sportowej pasji, ale po kolei…

Godzina po zakończeniu zajęć L.A. w planie był  bieg po Oliwskich lasach…

Do szatni wchodzi dwóch studentów… zgubili się… stan przedzawałowy…

Co znowu ? znowu się zgubiliście ? Za tydzień do poprawki…

Nasza przygoda z Maratonem w Berlinie rozpoczęła się już w październiku 2012 roku. Udało nam się wstępnie złożyć skład i zorganizować klubowy wyjazd Grupy Malbork i Przyjaciół na jeden z największych maratonów na świecie. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy rozpoczęcia zapisów, ich szalone tempo zaskoczyło wszystkich… po upływie 3 godzin i 30 kilku minut od ich rozpoczęcia na stronie maratonu pojawił się napis „ 40 BERLIN MARATHON HAS BEEN SOLD”…

 

Przygotowując się do startu w Maratonie, ustalaliśmy logistyczno-taktyczne aspekty naszego wyjazdu, zabukowaliśmy hotel w Belinie, zamówiliśmy autokar i dopełnialiśmy skład naszej wesołej paczki. Na start i wspólny wyjazd zdecydowało się w sumie 39 osób, w tym 29 osób wystartowało w biegu na królewskim dystansie, pozostali dzielnie nas wspierali i motywowali ;) Wielkie podziękowania należą się w tym miejscu Radkowi, który zajął się logistyką noclegu i wszelkimi formalnościami związanymi z nią związanymi.

Do Berlina wyruszyliśmy w nocy z czwartku na piątek, większość z nas spędziła ten czas na oczekiwaniu, kolejnym rozpakowywaniu i pakowaniu torby na wyjazd, sprawdzaniu listy i nerwowym spoglądaniu na zegarek… Nasza łajba na kołach ruszyła z Malborka o trzeciej w nocy po wcześniejszym zebraniu załogi z Elbląga, Sztumu i Gościszewa, pomknęliśmy w brzask wstającego dnia. Większość osób zapadła w sen, niektórzy oddali się cichym dyskusjom o jakże niespodziewanym biegowym temacie. Po minięciu okolic Tczewa zadzwonił telefon… cóż, hymmm zawracaliśmy tylko 3 km po zmarzniętego kolegę do Gniszewa…

Dalsza droga minęła bez zbędnych komplikacji, nadłożyliśmy lekko kilometrów jadąc przez okolice Starogardu Szczecińskiego, zabierając po drodze Wojtka. Wyłączając przesył danych w komórkach ruszyliśmy już w jednym kierunku, w kierunku Berlina…

„Trenerze… trener zobaczy – rzekł ciężarowiec wyciągając indeks AWF…

lekkoatletyka zaliczona na dobry !!! Już nigdy nie będę musiał biegać….”

Nasz pierwszy postój za granicami kraju pomijając te wymuszone przez dwóch najmłodszych uczestników wycieczki – Dominika i Patryka – spożywaniem płynów i pochłanianiem wielkich ilości chipsów, zaplanowaliśmy w okolicach starego Berlińskiego Lotniska Tempelhof. To tutaj znajduje się biuro zawodów i ogromne targi sportowe towarzyszące imprezie. Miejsce jest idealne,  ze względu na rozmiar imprezy. Na biuro udaliśmy się już po jego kilkugodzinnym funkcjonowaniu, a mimo tego wpadliśmy w niezły tłum biegaczy czekających na odbiór pakietów. Nie było to jednak spowodowane opieszałością jego działania czy jakimś innym nieprzewidzianym zamieszaniem, biegaczy było po prostu tak wielu…

W tym roku miałem przyjemność zaobserwować nowy standard funkcjonowanie biura, po wylegitymowaniu potencjalnego zawodnika, na ekranie ukazywało się zgłoszenie i jeśli było wszystko ok., miła pani po drugiej stronie nie szukała numeru w stosie innych… po prostu drukował się na bieżąco – super sprawa. Zostaliśmy także zaobrączkowani niebieskimi paskami identyfikującymi maratończyków, wszystko w trosce o nasze bezpieczeństwo. W sumie to miłe, bo przyjechaliśmy tu między innymi się sponiewierać, doświadczyć bólu, i zmęczenia na 42 kilometrach i 195 metrach królewskiego dystansu. Zarazem jednak - dla kontrastu - mieliśmy wziąć udział w wydarzeniu tak magicznym, że tylko osobiste stawienie się w tej roli na starcie i przeżycie go pełną parą daje jego całkowity obraz. Najbardziej obrazuje to oczywiście meta gdzie emocje sięgają zenitu, człowiek uświadamia sobie że nie ma przed nim rzeczy niemożliwych, choć i tak niektórzy nie zrozumieją dlaczego to robimy…

Same targi wprost „zabijały” rozmiarem, było tu dosłownie wszystko począwszy od sznurowadeł na obuwiu, którego cena nie pozwala bez obaw wyjmować go zza szkła w szafie, kończąc… jednym słowem raj dla biegaczy, wielu sprzedawców miało całkiem dobre promocje, z których co niektórzy skwapliwie skorzystali uzupełniając swoje sportowe zaplecze.

3 lata sportowej amnezji zrobiły swoje…

Ciężko jest zawiązać but kiedy przeszkadza brzuch…

100 kg przy 170 cm to zdecydowanie za dużo…

…a wskaźnik BMI stwierdza  że jest się za niskim.

Dość czas się ruszyć …

Kolejnym naszym punktem programu było udanie się do hostelu. Udało nam się zarezerwować nocleg dość blisko serca całej imprezy, jakieś półtora kilometra w linii prostej od Bramy Brandenburskiej, w okolicach której w Parku Tiergarten znajduje się maratońskie miasteczko.

Po zakwaterowaniu się i podzieleniu na 8 osobowe składy pokojowe uwzględniające między innymi kto chrapie, kto… hymmm no dobra nieważne … i ogarnięciu małego co nieco udaliśmy się na mały nocny berliński rekonesans.

Pierwszym celem naszego spaceru była sławna Brama Brandenburska - symbol pokoju i wolności, ta wielka budowla robi wrażanie, pięknie wygląda ale to i tak nic w porównaniu z tym kiedy przebiega się pod nią na 42 kilometrze trasy. Pamiętałem o tym, dwa lata temu kiedy przebiegłem podnosząc ręce w geście triumfu, ale czy i tym razem z podniesionym czołem ją pokonam ? Czy będąc tak małym w jej obliczu można poczuć się niezwyciężonym jak wszyscy kończący królewski dystans ? Wiedziałem że kolejne dni dadzą mi odpowiedź na to dręczące pytanie…


Berliński wieczór postanowiliśmy, a właściwie to „zostaliśmy postanowieni” przez Madzię, spędzić na wieży radiowo telewizyjnej. Z prędkością godziny w kolejce i 6 metrów na sekundę w windzie znaleźliśmy się na ponad 200 metrach od ziemi na tarasie widokowym Berliner Fernsehturm. Miałem przyjemność obserwować panoramę Berlina za dnia dwa lata temu, ale nocny widok także jest piękny i nie żałowaliśmy, że daliśmy się namówić na stanie w kolejce i kilka innych utrudnień logistycznych.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy także specyficzny pominik Ofiar Holocaustu, ten plac z umieszczonymi na niej różnej wielkości prostokątnymi bryłami betonu, robi w nocy ciekawe wrażenie. Powrót z wieży był długi i to w cale nie ze względu na jej wysokość… cóż zgubić się w Berlinie jest łatwo szczególnie jak się zapomni adres hostelu i do tego trzyma odwrotnie mapę…

Planeta ziemia 19 listopada 2006 roku…

Nietypowy stadion 380 metrów szutru…

Trzecie lub czwarte kółko, tętno było za wysokie by pamiętać to dokładnie…

Serce w gardle, krew w płucach, ogień w udach…

Poddać się jest łatwo, zdecydowanie za łatwo… 

Sobotni poranek w Berlinie przywitał nas chłodną jesienną aurą. Wspólnie zaplanowaliśmy lekki marszo-biegowy rozruch, celem usprawnienia kończyn i wyeliminowania autokarowych przykurczy. Wykombinowaliśmy sobie potruchtanie w okolice startu i bramy, odrobinę gimnastyki i powrót na śniadanko do hostelu. Wesołą gromadką ruszyliśmy około 8:00 zatrzymując się na kilka wspólnych fotek. Do strefy startu już nas nie wpuszczono, trwały ostatnie przygotowania do maratonu.

Zoo w Berlinie na Hardenbergpaltz słynie z niesamowitej liczby gatunków różnych zwierzaków, pięknych wystrojów i rozwiązań technicznych. Byłem szczególnie ciekawy działu akwarystyki,  której jestem od szczeniaka pasjonatem. Nie zawiodłem się, dział poświęcony tej tematyce to uczta dla duszy a szczególnie iż miałem okazję zobaczyć niesamowicie rzadkie Cyphotilapia Gibberosa Moba.

Te piękne endemiczne drapieżniki z jeziora Tanganika zdominowały również mój własny kawałek wody. To bardzo spokojne ryby, wręcz trochę ciapowate, nie na darmo noszą synonim władców tego jeziora.

Mlaskając mufinka w kafejce przy ZOO i sącząc kawę ze śmietanką, poczułem wibracje w kieszeni… Dzwoniła Magda. „ Gdzie jesteście ? Czekamy przy Reichstagu. Podaj wasze dane. Wchodzicie z nami”.  Nie sposób było się jej sprzeciwiać… zresztą kto by tam próbował…

Po mlaśnięciu kurczaka w sympatycznym barze w którym czekała na nas reszta paczki, szczegółowej kontroli na dyżurce, rewizji i oddaniu multitoola Marka do depozytu, około godziny 19:15 weszliśmy do gmachu mieszczącego siedzibę najwyższych władz Niemiec. Wyposażeni w  przenośne urządzenia poznaliśmy zasady funkcjonowania i przejrzystość władzy w tym kraju. Ta pouczająca lekcja wielu by się przydała…

Wracając z Reichstagu udaliśmy się na zaplanowane wieczorne pasta party, czyli mówiąc trywialnie - wielkie makaronowe obżarstwo. Z powodu niesamowitego tłoku zrezygnowaliśmy jednak z kultowego wręcz Carbonarra w Vapiano i wciągnęliśmy posiłek we włoskiej restauracyjce przy Checkpoincie. Łatwo go namierzyć nawet bez mapy, Kudłaty dał radę więc każdy bez trudu go znajdzie…

Po powrocie do Hostelu poczyniliśmy ostatnie przygotowania do startu, trzeba było się ogarnąć na rano, założyć czip startowy, przypiąć numer… Atmosfera była przednia i motywująca, wtedy to podjąłem decyzję jak pobiegnę… Wcześniej pytany jak zamierzam wystartować, kompletnie nie wiedziałem co odpowiedzieć, zamierzałem tylko przebiec ten maraton bez problemów z uśmiechem jak dwa lata wcześniej. Teraz jednak wspierany płynącą od przyjaciół motywacją podjąłem decyzję, że idę „na wojnę”… No bo jak nie teraz to kur… kiedy ?

Pobudkę zaplanowaliśmy na okolice 6:00, ze snu wyrwał mnie spokojny dźwięk budzika w telefonie i trzask zgniatanej co chwilę pustej butelki – naszego improwizowanego stopera zabezpieczającego przed przypadkowym zatrzaśnięciem się drzwi.

Po porannej toalecie ze smartfonem w ręku, mlaśnięciu lekkiego śniadania opartego głównie o węgle – podstawowe paliwo maratończyka, wysączyliśmy obowiązkową rytualną maratońską kawę z mlekiem. Tego i poprzedniego dnia również dużo piliśmy – z naciskiem na wodę – powodowało to pewne komplikacje, ale cóż nawodnienie się do granic możliwości  to podstawa.

Około godziny 7:15 udaliśmy się na start zabierając ze sobą w workach do depozytu ciepłe ubrania. Nie było już odwrotu. Szliśmy jak jakaś sekta, co zakręt pojawiało się coraz więcej ludzi z podobnymi workami… wszyscy uśmiechnięci… wielu rodaków… szliśmy w znanym kierunku… dreptaliśmy w stronę miejsca emanującego tak pozytywną energią, że poziom adrenaliny i endorfin zaczynał wychodzić poza mierzalną skalę.

Pasja jest moim paliwem…

Pasja daje mi siłę

Pasja jest moim życiem…

Pasja czyni mnie wolnym…

Po wejściu w strefę maratonu udaliśmy się w kierunku depozytów, ich doskonałe oznaczenie to jeden z wielu organizacyjnych majstersztyków tej imprezy.

Wspólnie z Jackiem i Wojtkiem ustaliliśmy miejsce gdzie czekamy na siebie po maratonie, w takim tłumie znaleźć się nie łatwo. Następnie udaliśmy się na miejsce startu, tam nasze drogi się dzieliły na poszczególne strefy, Jacek i Wojtek mieli strefę H, ja pomaszerowałem grzecznie do strefy F. Po drodze chyba ze sto razy poprawiałem buty… kilka razy stawałem jak wielu biegaczy przy drzewach i krzakach…

Po dotarciu do swojej strefy zacząłem się rozglądać za balonikami pacemakerów. Zobaczyłem je przed sobą, a ponieważ miały dość niewyraźnie oznaczenie podszedłem bliżej mrużąc oczy… no nie…. 4:00… Od razu przypomniała mi się sytuacja ze startu w 2011 roku kiedy ze względu na ilość maratończyków nie mogłem wyprzedzić grupy biegnącej na 4 godziny.

Przebijanie się przez tłum na starcie nie miało sensu, wyszedłem ze strefy i wszedłem w jej początek stając przed pacemakerami na 4:00… no bo jak nie teraz to kiedy ??... Nadal trochę się bałem, pomny skurczy ud na wiosnę w Maratonie w Łodzi po 34 km analizowałem moje marne szanse na powodzenie…


Tłum szalał. Trwała prezentacja elity biegu. Nagle muzyka zmieniła się i rozpoczęło się odliczanie… Five Four Three Two One…. W górę poszły żółte balony rozpoczął się 40 jubileuszowy Berlin Marathon… a ja i cała reszta wokół mnie staliśmy w miejscu. Niektórzy tańczyli, rozciągali się, nanosili ostatnie poprawki w swoim wyposażeniu. Ruszyła elita i pierwsi ze stref startowych. Naszą strefę jako trzecią zatrzymano przed startem i ruszyliśmy po kolejnym odliczaniu. Pod bramką startową znalazłem się dokładnie po 15 minutach od właściwego strzału startera, czołówka biegu była gdzieś na 5 kilometrze a mój czip dopiero rozpoczął pracę. Zacząłem biec…

Miejsce startu po naszym wybiegnięciu, jak stwierdziły Ela i Ania wyglądało jak po jakiejś niesamowitej zagładzie, wojnie czy coś w tym rodzaju… jak wielkie wysypisko… pełno tam było worków, ubrań, butelek, jednym słowem Armagedon maratoński. :)

Biegłem jak w transie, o to akurat nietrudno w Berlinie. Wesoła masa maratończyków niesie jak fala, wystarczy z nią popłynąć, oddać się pasji, słuchać swojego serca i biec. Próbowałem wypatrzeć swoich, jednak po chwili stwierdziłem że jeśli na kogoś trafię to chyba tylko przypadkiem, biegły nas setki, tysiące… Trasę obstawiały dziesiątki tysięcy ludzi… to po prostu trzeba przeżyć…

Pierwsze metry to ogromne emocje, muzyka i masa ogromnie szczęśliwych ludzi a to się mocno udziela. Zdecydowałem się na rygorystyczną kontrolę tempa. Nie zacząć za szybko to podstawa… tempo 5:40 pierwszego kilometra było ok. Ustawiłem również tzw. wirtualnego partnera w garminie, zadałem mu bieg na 42 kilomerty i 195 metrów tak by ukończył maraton w 3 godziny i 50 minut. Innymi słowy miał trzymać tempo 5:27 na każdy kilometr trasy. Moim zadaniem, choć czuję prędkość i biegam dobrze „na nosa” było się go pilnować i po półmetku zacząć przed nim uciekać…. Po kilometrze byłem już całe 200 metrów… tylko że byłem za nim….


Postanowiłem także, że będę skwapliwie korzystał ze wszystkich punktów nawadniania na trasie. Już od 5 kilometra rozpocząłem także konsumpcję żeli energetycznych, mój wybór padł na małe „shoty” o konsystencji dżemu, mniam mniam…  “Einschuldigen sie bite, daine medicine is weck…. “  Miła pani z tyłu puka mnie w ramię… na początku nie skumałem o co jej chodzi… medicine ??? co do diabła ??  ale za chwilę do mnie dotarło… zgubiłem jeden z żeli. No i mój cały chytry plan wziął w łeb, musiałem się skupić i przeanalizować jak rozparcelować pozostały mi prowiant na całą trasę. Nogi się kręciły, biegasz stary biegasz mruczałem sobie pod nosem.

Wszystko jest kwestią wyboru…

Możesz nic nie robić czas i tak upłynie…

Możesz też zmienić swoje życie…

Możesz realizować swoją pasję i spełniać marzenia…

Wystarczy chcieć, to kwestia wyboru…

Kątem oka śledziłem niebieską linię na asfalcie, co jakiś czas zerkałem na zegarek i niebawem zrezygnowałem ze przełączania na mojego elektronicznego kumpla, który był już jakieś 600 metrów przede mną… po prostu biegłem. Tempo pływało, 5:15 – 5:05 – 5:30… biegnę za szybko, myślałem… w Łodzi na wiosnę zapłaciłem za to boleśnie na 36 kilometrze, gdzie bieg zmienił się w marsz na prostych nogach z drewna…

Co kilka set metrów wykonywałem skip zakroczną nogą, żeby rozluźniać mięśnie ud, to pomagało. Trochę czułem ucisk butów, za mocno zasznurowałem but z czipem, zaczynał mi przeszkadzać.

Półmetek udało mi się zamknąć tak jak zaplanowałem w 1h 56 min z groszami, po czym musiałem się zatrzymać… cóż nawodnienie robiło swoje i swoje w krzakach trzeba było odstać. Zwalniać trzeba było mocno także na punktach odżywczych, mimo ich świetniej organizacji było nas tak wielu że po prostu nie sposób było złapać cokolwiek w biegu żeby kogoś nie staranować.

Praktycznie na każdym punkcie wlewałem w siebie dwa kubeczki wody lub izotoniku, w zależności co było w menu. Co chwilę na trasie przygrywały nam różnorodne kapele oraz muzyka mechaniczna. Szczególne wrażenie wywarł na mnie zespół grający na wielkich bębnach z metalowych beczek usytuowany pod mostem… takiego show na tamtamach na tej planecie jeszcze nie grali, niesamowita sprawa ile energii przekazali nam Ci ludzie. To coś niesamowitego jak wszystkim udzielał się ich entuzjazm, choć tłukli w swoje beczki już dobre 2 godziny…

Ciekawym przeżyciem było również przebiegnięcie przez strefę „Power Bar”. Tam rozdawano żele… całe masy żeli… bieg po klejącej się jezdni z jednej strony powodował dziwne wesołe komentarze, z drugiej wydawało się że nie pozwala wcale biec i zaraz przykleję się jak mucha do lepu…

Bałem się 30 kilometra, pamiętałem  Łódź Maraton i pamiętałem jak wypadła mi wtyczka z kontaktu, zacząłem wtedy za mocno i po 36 km skończył mi się przysłowiowy prąd… tutaj biegłem podobnie i podświadomie się tego bałem. Teraz jednak miałem przed sobą i za sobą mur wsparcia, mur pozytywnej energii przyjaciół tu i w kraju, wspierających i trzymających kciuki. Miałem ogromną motywację, magię, moc i super Express… Miałem za sobą  ponad pół roku sporej treningowej pracy, pobudki o 4:00 i tupanie na głodniaka. Bieganie po nocy, bieganie w deszczu i podczas burzy. Pamiętałem jak zamarzała mi czapka i sznurowadła w zimę, wiedziałem że wykonałem kawał dobrej roboty, a to musiało dać efekt.

Co kilkaset metrów rozluźniałem ramiona, nadal też wykonywałem luźny skip, żeby rozluźnić uda o które najbardziej się bałem. Trochę dokuczał mi nadal czip, ale po 30 km przestałem zwracać na niego uwagę.

Garmin jak zwykle się pogubił, naliczał coraz większy błąd pomiaru, mijając 38 km wskazywała mi już 39… skupiłem się na tempie… minę 39 km będzie blisko 1:50, będzie bardzo blisko jeśli wytrzymam…

Od 5 kilometra do połówki lekko przyspieszaj…

Zobaczysz po 35 kilometrze jak będzie ok….

….to zamykasz oczy i napier… lasz…

Od 35 faktycznie podświadomie przyspieszyłem, ale od 39 chyba naprawdę zamknąłem oczy… 4:48, 4:35, 4:22… Brama Brandenburska, 200 metrów i meta…. 3:50:33 netto…

Po kilku krokach dotarło do mnie gdzie jestem, ludzie dookoła cieszyli się i płakali, wymieniali uściski, niektórzy walczyli ze skurczami,  kilka osób odprowadziła obsługa medyczna. Pękła euforia z przed mety, łzy, wzruszenie.. Byłem wśród tysięcy finiszerów, ale szedłem tam sam wycierając pot i łzy… po 3 latach udało mi się poprawić mój PB w maratonie. To początek drogi do celu jaki sobie obrałem,  to będzie długa i niełatwa ścieżka, ale ciężką pracą można osiągnąć wszystko, nigdy nie wolno się poddawać…

Po ochłonięciu i zawinięciu się w folię, szedłem na miejsce naszej umówionej zbiórki. Pamiętam jabłka pokrojone w kawałki pływające w wielkich baliach w lodowatej wodzie… nic nie smakowało tak jak one… Spojrzałem na wyniki pierwszej piątki… Wilson Kipsang ustanowił właśnie rekord świata, cóż historia lubi się powtarzać…

Po odebraniu depozytu, odnalazłem Franka i Jacka, za chwilę zjawili się Radek, Rysiek i Basia. Franek i Radek po ukończeniu Korony maratonów Polskich we Wrocławiu, pobiegli for fun, Jacek poprawił swoją życiówkę.

Basia też nabiegała życiówkę, Barcik także… pozostali mniej lub bardziej się do niej zbliżyli… w sensie oczywiście że do życiówki, żeby sobie Leno nie pomyślał… ;)

Po kilku chwilach dotarł do nas Jacek, powrócił tu po 23 latach, jego 3:06:65 brutto z 89 r. budzi respekt, ale 4:43 i tytaniczna praca treningowa jaką wykonał przygotowując się do BM jeszcze większy szacunek.

Czekaliśmy jeszcze na jednego bohatera tego dnia… W maratonie zadebiutował bowiem Wojtek vel. Kudłaty. Jego historia to dobry temat na osobną opowieść, tym bardziej nie ośmielę się jej tu przytaczać. Wojtek pokonał maraton, pokonał siebie, chylę przed nim czoła…

Jednym ze sponsorów maratonu jest browar Erdinger… skwapliwie to wykorzystaliśmy, choć ma 0% raczyliśmy się tym pysznym izotonikiem po brzegi. Co niektórzy trzasnęli nawet po 7 i nadal trzymali się na nogach…

Wieczorem w hostelu urządziliśmy sobie małe after party, było wesoło, bardzo wesoło przyłączyła się do nas nawet część mieszkańców. Na koniec imprezy wpadł nawet pan z recepcji, zachowywał się dziwnie, mówił dość głośno w obcym języku i gestykulował… chyba tylko Radek go zrozumiał…

Ostatni dzień przeznaczyliśmy na mały spacer w okolice bramy i zahaczenie w drodze powrotnej o Olympiastadion Berlin. To piękny obiekt, wspaniałe boisko i super zaplecze do lekkoatletyki, królowej sportu…

Droga powrotna upłynęła nam szybko, zdecydowanie za szybko. Wesołe opowieści, radość, śmiech i pasja towarzyszyły nam na każdym kilometrze trasy. Zdecydowanie powtórzymy taki wyjazd, choć zahaczyć o Berlin będzie już bardzo trudno. Zmieniły się zasady zapisów, z racji ogromnego zainteresowania wprowadzono losowanie… a trafić 40 miejsc, ba... trafić nawet kilka będzie bardzo trudno.

Znając życie na pewno niedługo znów spotkamy się poszukując wrażeń, realizując swoje cele i spełniając swoje  sportowe pasje i marzenia. Dziękuję wszystkim za ten wyjazd, bycie częścią takiej załogi to dla mnie zaszczyt, dajecie wielką moc dzięki której nie ma rzeczy niemożliwych. Meta maratonu zmienia ludzi, zmienia podejście do życia, świadomość pokonania swoich słabości, masa pozytywnych emocji płynący z udziału w biegu na długo zapada w pamięć i w serce…

Przed nami kolejne wyzwania, kolejne treningi, kolejne starty. Niech moc będzie z nami, bo jak to rzekł nasz kolega z klubu:

„CZŁOWIEK NIE JEST TAKI ZŁY

ŻEBY NIE POBIEC W BERLIŃSKIM MARATONIE”…

Ze sportowym pozdrowieniem - Marek Mróz

Pliki Cookies

UWAGA! Nasz serwis używa cookies w celach statystycznych

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na ich zapisanie w pamięci urządzenia. Czytaj więcej…

Zrozumiałem