Czym jest wyzwanie dla biegacza jeśli nie sprawdzianem z wytrzymałości ?
Jest też egzaminem z odpowiedzialności.
23 czerwca 2011r. o godzinie 3:00 na 80 km trasę VIII biegu Rzeźnika wyruszyło kilkoro moich serdecznych przyjaciół, wśród nich Wiola Jedynak i Dariusz Protas. Wiedziałem o tym że planują ten start już wcześniej, choć dopiero na spotkaniu w Gdyni na Nocnym Biegu Świętojańskim dotarło do mnie, że nie żartują.

Wioletta i Darek

Marysia i Dario

Jasiek i Maciej
Na starcie do Rzeźnika stanęli również Marysia i Dario, Przyjaciele z MaratonówPolskich, oraz Jasiek z Maćkiem, mój serdeczny przyjaciel z drogi po Koronę Maratonów Polskich, prywatnie "ochroniarz" Iwonki vel Shadoke, najlepszej motywatorki na tej planecie. Przeglądając stronę biegu, zorientowałem się, że wszystkich , czeka walka nie tylko z dystansem, zmęczeniem i bólem, ale także z terenem i obowiązującymi na kolejnych punktach limitami czyli mówiąc trywialnie z czasem. Trasa poprowadzona w malowniczych Bieszczadach to zapewne nie był zielony szlak turystyczny, a obowiązujące na każdym przepadku limity czasowe nie pozwalały na zbyt długą chwilę relaksu.

Noc przed startem
Aby lepiej poznać esencję zjawiska zwanego wśród braci biegowej Rzeźnikiem zadałem moim przyjaciołom kilka pytań. O udzielenie odpowiedzi poprosiłem Wiolę i Darka, Marysię i Dario, a także Jaśka. Wiola z Darkiem udzielali odpowiedzi bez wiedzy wzajemnej, Marysia z Dariem odpowiadali razem, a wypowiedzi Jaśka podobno skrupulatnie ocenzurowała Iwonka.... :)
Marek: Kto wpadł na pomysł zmierzenia się z trasą Biegu Rzeźnika?
Marysia i Dario: Pomysł dojrzewał od jakiegoś już czasu i zdecydowaliśmy wspólnie pod koniec zeszłego roku, że warto spróbować.
Wiola: Dariusz zaproponował mi wspólny start, było to dla mnie wyróżnienie i wyzwanie, ponieważ biega dużo szybciej.
Dariusz : Tak, tak przyznaję się to był mój pomysł. Wiedziałem, że Wiola będzie chciała wystartować w tym roku. Wiedziałem też , że nie ma partnera. Zaproponowałem wspólny start.
Jasiek: Pomysł startu w Biegu Rzeźnika zrodził się bodaj przed trzema laty po przeczytaniu artykułu o tym biegu, chyba w miesięczniku "Bieganie".
Marek: Jaka była reakcja "drugiej połowy" zespołu na ten pomysł ?
Marysia i Dario: ?obie połowy zareagowały błyskiem w oku ;)
Wiola: Byłam zdziwiona, ponieważ Dariusz miał propozycję od szybkiego biegacza, triathlonisty zresztą. Podziękował i wybrał mnie. Chyba nie wiedział, co robi hahaha
Dariusz : Zdziwienie .......
Jasiek: to jest troszkę skomplikowana sprawa... w ubiegłym roku startowałem w Rzeźniku z Piotrem Kulpeckim, i na ostatnim przepaku w Berehach zabrakło nam pięciu minut do limitu, więc nas zdjęto z trasy... dlatego w tym roku byliśmy szczególnie zdeterminowaniu do udowodnienia, zarówno sobie jak i Bieszczadom, że skończyły się przelewki, i nie ma to tamto, tylko trza dobiec do mety! Niestety, na początku roku Piotr nabawił się kontuzji co wykluczało go z biegania na ponad pół roku. Musiałem więc szukać zastępstwa, i znalazłem młodszego od swojego syna - Maćka Tuczyńskiego, który w poprzednim roku startował z Dalią, i również nie ukończył... oboje byliśmy dostatecznie zdeterminowani, żeby dobiec do mety, i reakcja mogła być tylko jedna - damy radę! :)
Marek: Jak przygotowywaliście się do biegu ?
Marysia i Dario: Trochę korzystaliśmy z informacji od tych co już biegli, a trochę sami eksperymentowaliśmy, przygotowania treningowe trwały w zasadzie od początku roku; na kilka dni przed startem robiliśmy zakupy odżywek - żele, batony, a buty (Salomon - polecam!) kupiliśmy dwa dni przed startem; na przepaki było najtrudniej się zapakować - improwizacja ;)
Wiola: Każde z nas trenowało indywidualnie. Ja postawiłam na częste i trudne starty. Super treningiem okazały się DwuMaratony w Bydgoszczy (luty i marzec). Od stycznia startowałam w biegach górskich w Falenicy, jak też robiłam tam wybiegania. Bieg Jurajski był kolejnym elementem, jak też Maraton w Zgorzelcu. Z domowych sposobów polecam wbiegi i zbiegi po schodach, jeśli macie wyrozumiałych sąsiadów oczywiście :) Logistyka hmmmm koniec języka za przewodnika haha, Dużo czerpałam z wiedzy doświadczonych Rzeźników. Miałam też swoje doświadczenie z ubiegłego roku. Startowałam wówczas z Sylwią, która logistycznie była super przygotowana i tę wiedzę mądrze przekazywała. Dziękuję Jej za to bardzo. Przepaki wiadomo było, że na każdym muszą na nas czekać suche buty i rzeczy na przebranie oraz na uzupełnienie płyny i "przekąski" czyli batony, chleb z nutelką, banany, żelki, gorzka czekolada, żele. Najważniejszym jednak paliwem był ciepły makaron w Cisnej, a następnie buły z serem od organizatorów na przepaku Smerek, jak ja goniłam do tych bułek. Pamiętałam je z ubiegłego roku, dawno nic tak nie smakowało.
Dariusz : Przygotowywałem się, jak do każdego maratonu + litry potu wylanego na siłowni. Ze względu na doświadczenie logistyką zajęła się Wiola.
Jasiek: Przygotowania, to przede wszystkim były wspólne treningi, i to w górach, oraz dopracowanie wszystkich szczegółów wyprawy, począwszy od załatwienia noclegów, a na wyposażeniu plecaków i jadłospisie skończywszy.

Marysia i Dario na trasie.
Marek: Co czuliście przed samym startem ?
Marysia i Dario: Darek - pomimo lekkiego niepokoju o to, czy dam radę czułem bardziej ciekawość niż strach... Marysia mówiła, że nic się nie boi ;)
Wiola: Emocje... od środy już mnie nosiło. Miałam tzn. głód biegowy. Nie mogłam się doczekać. Nie potrafię ubrać w słowa, tego co czułam.... Było to niesamowite podniecenie wyzwaniem,które sobie postawiłam, ciekawość i sprawdzenie możliwości swojego organizmu, pokora przed dystansem, trudnością trasy i górami. Trochę lęku, czy sprostam oczekiwaniom Dariusza. Dużo myśli krążyło też wokół ludzi z całej Polski, którzy wspierali nas. Ludzi, którzy przeżywali ten bieg razem z nami. Niesamowite uczucie, kiedy około trzeciej tuż przed startem otrzymujesz tyle esów, że zapełnia się skrzynka... to było dodatkowym zastrzykiem energii... Niesamowite też było przeżywanie naszego biegu przez obcych nam ludzi... tutaj pokłon do właścicieli pola Tramp, jak i osób tam wypoczywających... Niesamowita też była sympatia, wzajemne wsparcie i pomoc w najdrobniejszych sprawach współbiegaczy. Wszystkim bardzo dziękuję, a w szczególności kolegom z Poznania - jesteście Wielcy.
Dariusz : Obawy i strach przed dystansem i trasą. W górach bywam często, jednak Bieszczady ostatnio widziałem 20 lat temu. Trasę znałem tylko z mapki. Wiedziałem, że jestem przygotowany na wielogodzinny wysiłek. Jednak bieg po górach to nie to samo, co po asfalcie. W głowie kłębiły się myśli, jak rozłożyć siły.
Jasiek: Przed startem czuliśmy ogromny niepokój i buzującą w żyłach adrenalinę... a najgorsze było jednogodzinne oczekiwanie na start, gdyż do Komańczy zawieziono nas już o drugiej w nocy.
Marek: Co było najtrudniejsze ?
Marysia i Dario: Zdecydowanie podejście na Caryńską, czyli 70 km w nogach i najbardziej strome podejście pod największą górę na trasie ;)
Wiola: Najtrudniejszy dla mnie okazał się mój samodzielny już bieg ,,treninowy,, z przepaku Smerek przez szczyt o tej samej nazwie do Kubusia Puchatka. Glina na butach , w butach i w skarpetkach zaczęła wysychać i ranić mi stopy. Deszcz przestał padać, słońce przygrzewało, a ja nie miałam czystej wody, aby moczyć buty. Miałam tylko izotonik, który mógłby oczywiście zwilżyć, a zarazem kleić. Mam nauczkę na przyszły rok.
Dariusz : Najtrudniejszy okazał się dobieg asfaltem do przepaku Smerek, kiedy to przeszywający ból mięśnia nie dawał rozwinąć szybkości, a walka już była o kurczący się limit czasowy. Potwierdza się to, że nie wyleczone kontuzje na tak trudnym terenie dadzą o sobie prędzej, czy później znać.
Jasiek: Najtrudniejsze były pierwsze kilometry póki serce nie wskoczyło na właściwe obroty i cały organizm nie zaczął pracować swoim rytmem, a później kryzys na Połoninie Wetlińskiej, kiedy wskutek złego dobrania proporcji napoju izotonicznego w kamelbaku okrutnie mnie zemdliło, ale na szczęście zdarzyło się to nieopodal Chatki Puchatka, więc mogłem się zaopatrzyć w czystą wodę i odsłodzić organizm.
Marek: Co utkwiło Wam najbardziej w pamięci ?
Marysia i Dario: Najbardziej utkwił nam klimat imprezy - nie da się jej porównać do żadnej innej, trudy trasy (ulewa, burza, wszechobecne błoto, ciemności...), współpraca partnerów (bieganie parami, choć bywa czasem sporym utrudnieniem, to chyba największy atut imprezy)... generalnie najbardziej utkwili nam w pamięci ludzie, których tam spotkalismy...
Wiola: Twarz Dariusza. Nigdy tego obrazu nie zapomnę i będzie to pewnie dla mnie wzorzec do naśladowania w przyszłych trudnych biegach, w sytuacjach kryzysowych i Ból, który widziałam w oczach i twarzy Dariusza, a zarazem chęć i siła walki ... tak mają wielcy sportowcy. Szacunek Partnerze.
Dariusz : Widok ludzi, których mijaliśmy. Ludzi naprawdę przygotowanych na pokonanie tego dystansu w super czasie, jednak przez kontuzje zmuszonych zejść z trasy. Bardzo trudne okazały się zbiegi. Nad tym elementem warto jest popracować w przygotowaniach do tego typu startów.
Jasiek: Moment, w którym Maciek widząc, że ze mną jest kiepskawo, ruszył żwawiej do schroniska żeby kupić butelkę niezbędnej mi wody, gdyż zbyt słodkiego izotoniku z Kamelbaka mój organizm już nie przyjmował, a wtedy na połoninach słonko zaczęło mocno przygrzewać, i gdy na wpół żywy doczłapałem do Chatki Puchatka już czekał na mnie z butelką. Po przepłukaniu kiszek czystą wodą wstąpiło we mnie nowe życie i popędziliśmy na ostatni przepak w Berehach.

Jasiek i Maciej pokonują kolejne kilometry..
Marek: Pierwsza myśl po zakończeniu biegu ?
Marysia i Dario: Darek - moja pierwsza myśl - chcę znowu za rok i szkoda, że trzeba tyle czekać :))) Marysia - nigdy więcej Rzeźnika, ale na drugi dzień już analizowałam jak poprawić czas za rok ;)
Wiola: Radość, że zwyciężył Rozsądek........ Radość, że odpowiedzialność za drugiego Człowieka była silniejsza, niż zobaczenie mety......... Radość, że mieliśmy to szczęście uczestniczenia w tym specyficznym biegu....... Radość, ze wzmocniliśmy się fizycznie i psychicznie...... Radość, że nie mieliśmy większych kontuzji .... Radość, że w takim tempie przebiegliśmy tyle km...... Radość, że możemy tu wrócić i ponownie zmierzyć się z wyzwaniem, jeśli tylko Dariusz będzie chciał mnie w swoim teamie :)))) Jak widzicie wszystkie myśli były radosne .....
Dariusz : Myśl, że to była dobra decyzja o zakończeniu biegu w tym właśnie momencie i pragnienie powrotu w przyszłym roku.
Jasiek: Pierwszą myślą było zadzwonić do Iwonki (Szadoczka) i podzielić się radosną nowiną.
Marek: Biegliśmy razem bo ? ?
Marysia i Dario: znamy nawzajem swoje możliwości, podobnie trenujemy, lubimy góry i wyzwania, a na trasie super się dogadujemy i chyba nawzajem uzupełniamy... ;)
Wiola: lubimy biegać. hahahahhaha oraz patrz pkt. 1
Dariusz : boooooooo........... to był jedyny bieg, kiedy mogliśmy biec razem. Wg regulaminu musieliśmy biec obok siebie w odległości nie większej niż 100m, a nie zdarza się to często...... Wiola jest szybsza hihi ........... żartowałem :)
Jasiek: Biegliśmy razem, bo tylko w ten sposób można ukończyć ten bieg w regulaminowym czasie. Drużyny skłócone, lub biegnące osobno najczęściej nie kończyły biegu, a zupełnym nieporozumieniem jest rywalizacja wewnątrz drużyny lub uciekanie silniejszego partnera temu słabszemu, skutek jest łatwy do przewidzenia.
Kolejną część chciałbym poświecić dość długiemu cytatowi Wioletty, który otrzymałem na e mail. Jest w nim wszytko co najlepsze w bieganiu, esencja walki, motywacji i człowieczeństwa. Jest w nim coś, co można spotkać tylko na trasie biegu, odpowiedzialność za drugą osobę za siebie, radość i ból, bezinteresowna pomoc i łzy wzuszenia... W poniedziałek dostałem informację od Wioli, o rozwoju sytuacji, coś poszło nie tak. Zaniepokoił mnie fakt, iż nie mogłem odnaleźć naszej ekipy na nieoficjalnych jeszcze wynikach.

Wiola się wzruszyła
Poniższy tekst to słowa Wioli nie ośmieliłem się ingerować w jej słowa.
Poniższym osobom chciałabym podziękować za zorganizowanie - AKCJI NA TORACH Piotr Wierzbicki, Joanna Głowacka, Paweł Wierzbicki, Beata Sudecka, Basia i chyba Marek. 3:00 start. Ciemno, duszno Biegniemy, biegniemy..zaczyna padać... pojawia się glina po kostki. Jest mokro, ślisko, duszno. Walka z terenem i (co niektórzy) z bólami. 17 km za nami - Przełęcz Żebrak jesteśmy przed limitem czasowym. Picie, jedzenie i w drogę. Dariuszowi dokucza ból. Trasa baaaardzo trudna. Do tego śliska, no i ta Bieszczadzka glina tiaaaaaa Pięknie pokonujemy kolejne kilometry.

Marysia, Dario i radość biagania
Walczymy z trudnościami, bólem i z czasem. Cisna dobiegamy przed 9-tą, mamy więc ok. pół godziny zapasu. Niestety palący i nasilający się ból powoduje, że Darecki myśli o przerwaniu biegu. Minuty uciekają, czas się kurczy. Decyzja jeszcze nie podjęta, pijemy kawę i ruszamy powoli dalej. Na torach przy zbiegu na czerwony szlak umówieni jesteśmy z Piotrkiem. Dzień wcześniej poprosiliśmy syna właścicieli pola o podgrzanie i dostarczenie nam w to właśnie miejsce ciepłego makaronu.

Bieszczady są piękne...
200 m do torów.. patrzę i nie wierzę. Pytam Dareckiego, czy widzi to, co ja ? czy może mam zwidy ? Widzi to samo : śnieżnobiały obrus... stół, polne kwiaty w wazonie, piękna zastawa, dzbanek z wodą, kieliszki, kelner w białej koszuli...

Taki support tylko w Cisnej
Dobiegamy, a raczej dochodzimy, bo wrażenie i wzruszenie zatrzymuje mnie w pół kroku. Ktoś gra na trąbce, Ktoś dzwoni dzwoneczkami, Ktoś śpiewa... Kelner zaprasza nas do stołu, na talerze nakłada makaron, nalewa do kieliszków wodę. Pełna obsługa.

Makaron...
Zastanawiam się - zemdlałam, czy śnię? Patrzę na siebie, patrzę na Dariusza?.. tu śnieżnobiały obrus, a tu My umorusani i oblepieni gliną. Czuję, że mam mokrą twarz. No tak, ale przecież pada deszcz. Nie, nie, nie - na nas nie pada. Kiedy siedzieliśmy przy tym pięknym stole, Pani Beatka sama moknąc, trzyma nad nami parasol. To łzy, łzy wzruszenia, które odejmują nam mowę.

Wsparcie na Trasie
Zapraszamy do wspólnego jedzenia następne pary biegowe przebiegające obok. Są zszokowani tak samo, jak i my. No cóż po takim przepaku nie można się wycofać. Wzruszeni, nakarmieni nie tylko makaronem, ale przede wszystkim pozytywną energią i sympatią od w sumie obcych nam ludzi - Wielkich Ludzi. Ruszamy dalej.

Restauracja pod parasolem...
Sztywne wbiegi, sztywne zbiegi. Walka, walka, walka. Glina, bolące kolano, wywrotka, walka z czasem. Czas nieubłaganie się kurczy, kłopot z garminem i kłopot z czasoodległością. Okazało się, że tzw. droga Mirka (bezpieczna droga) jest dłuższa, niż myśleliśmy. Nie tylko my tego doświadczyliśmy. I zamiast dobiec spokojnie do Smreka z 15minutowym zapasem musieliśmy walczyć o zmieszczenie się w limicie czasowym. 7km biegu na maxa zrobiło swoje, aleeeeeeee Udało się. :) Kiedy jeszcze zobaczyliśmy Panią Beatę, która z własnej woli jeździła za nami na każdy przepak, aby nas wspierać był to dodatkowy niesamowity zastrzyk energii.

Pani Beatka nasz Support :)
Organizator powiedział, że mamy 5 min na wyjście inaczej nie puści nas na trasę. Nie było czasu na przemyślenia i np. na zmianę butów .. Stwierdziliśmy, że ruszymy i trochę powyżej zrobimy przerwę oraz pomyślimy co robimy dalej. Zatem izotonie do butli, buła w rękę i heja ! Na szczęście dużo we mnie zdrowego rozsądku. Po szybkiej analizie Dariuszowej nogi i ogólnej kondycji szybciej, niż natychmiast decyzja zapadła. Właściwie moja decyzja, bo Dariusz chciał próbować dalej. Na trasie Rzeźnika jesteśmy odpowiedzialni jeden za drugiego. Nie mogłam pozwolić na ewentualne kontuzje. A następny etap był o bardzo wysokim stopniu trudności. Rozsądek zwyciężył i całe szczęście. Darecki został w dobrych rękach, ja w ramach już treningu zrobiłam następne 15km na szczyt Smerek. Ukończylibyśmy ten bieg, ale pytanie za jaką cenę? Zdrowie ważniejsze. Satysfakcja z przebiegnięcia tylu kilometrów w takim tempie po górach Oooogrooomna. Tym bardziej, że nie dotknęły nas poważniejsze kontuzje. Była moc, była energia, zabrakło trochę szczęścia na ukończenie :) Już od dziś szykujemy się na następny rok. Bogatsi o nowe doświadczenia, silniejsi fizycznie i psychicznie.
Podziękowania od Wiolki
Chciała bym przekazać Wielkie podziękowania rodzinie i przyjaciołom. Ludziom, dzięki którym zaczęłam biegać, pokochałam bieganie, realizuję się i jestem tu, gdzie jestem. Patrykowi za cierpliwe znoszenie wyjazdów startowych. Dariuszowi za start, nie pierwszy i nie ostatni zresztą:) Jarkowi za nauczenie biegania. Profesorowi Marianowi Uchlik za wiarę we mnie, pracę, dobre serce, cierpliwość oraz za miłość do sportu. Krzysztofowi Szachnie za motywację i zarażanie trudnymi startami. Piotrusiowi - będzie wiedział za co :) Beti za nieustające wsparcie. Sylwii Borowskiej - będzie wiedziała za co.... MSHP za podarowanie ,,nowego życia,, i możliwość realizacji hobby, Grupie Malbork za Wszystko co w bieganiu najlepsze? Tomkowi, za wsparcie i ... będzie wiedział za co.... Markowi, że trzyma pieczę nad wszystkim.....że swoją Osobą zaszczepia w ludziach chęć biegania, zdrowej rywalizacji, rozwijania się. ... że poprzez Jego Osobę, jak i też innych doświadczonych biegaczy z Grupy Malbork ludzie z ulicy mają szansę spróbowania biegania........., że mogą liczyć na wsparcie, wiedzę, życzliwość i realizację marzeń biegowych.............. Chciałam podziękować za to, jak również za pokazywanie poprzez bieganie innych możliwości spędzania wolnego czasu........... za nawiązywanie nowych znajomości, przyjaźni.....za rozwój fizyczny i osobisty...............
Dziękuję wszystkim, których nie wymieniłam za wspieranie i dopingowanie mnie w wyznaczonych celach.
Ze sportowym pozdrowieniem Wioletta Jedynak.
Co mogę dodać od siebie ? Dziękuję Wioli z pozytywną energię jaką nam przekazuje swoją postawą i radością? za siłę i moc... Chciałbym tylko jeszcze raz pogratulować Wszystkim Rzeźnikom, nieważne czy na mecie czy na trasie, i nieważne w jakim czasie. Wszyscy jesteście zwycięzcami, pokonaliście swoje słabości, przeżyliście piękną przygodę, i spotkaliście fantastycznych ludzi na swej drodze, czego można chcieć więcej ?
Ze Sportowym Pozdrowieniem. Marek Mróz
Fotografie autorstwa Grzegorza Grabowskiego, zaczerpnięto ze strony WasylFoto.pl