Jesteś tutaj: AKTUALNOŚCI
REPORTAŻ
RAFAŁ ŁAKOMY
AQUATHLON SYNA SALOMONA
REPORTAŻ
RAFAŁ ŁAKOMY
AQUATHLON SYNA SALOMONACzepek, okulary i szum w uszach...
Czepek zakupiony dzień wcześniej w chińskiej hurtowni sprzętu sportowego na placu targowym w Malborku menadżerka sponsorowała mi długie spodenki pływacko biegowe. Mówiono mi, że lepiej założyć czepek bo woda na środku jeziora strasznie szumi i dźwięk jest dość przerażający. Jakże miałem nie zaufać sugestiom innych bardziej doświadczonych zawodników skoro nigdy nie byłem na środku jeziora. Stojąc na brzegu i rozmyślając jak najłatwiej złapać się bojek oznaczających każde kilkaset metrów odwróciłem się do swojego teamu, czyli żony i syneczka i pomachałem sugestywnie krzycząc, żeby zrobili mi zdjęcie.
Foto. Aleksandra Łakomy
Po chwili pomyślałem jaki jest cel, na jaką cholerę mi zdjęcie. Przecież wolę mieć na nagrobku zdjęcie z Orlen Warsaw Marathon 2013. Tam po przebiegnięciu mety nikt nie wkładał mnie do trumny. Tutaj czarne myśli o nie dopłynięciu i powolnym zanurzeniu się w otchłań jakiegoś Sztumskiego akwarium nastrajały mnie depresyjnie. Rozumiem Kanał La Manche, Morze Śródziemne albo choćby jezioro Śniardwy, ale Sztumski Aqua Zbiornik, słabo to brzmiało. Przed startem zanurzyłem się w wodzie żeby przygotować ciało do temperatury zbiornika, przepłynąłem kilka metrów no i pojawiła się latareczka w ciemnym tunelu. Oddychało się przyjemnie i okulary nie przeciekały, a zainwestowałem w wyższą półkę gogli. W specyfikacji panoramiczny widok oraz filtr UV i anti-fog system. Wyglądałem w nich jak David Haselhof albo polski Michael Dudikof – można sobie wybrać w zależności od kąta widzenia i ilości promili we krwi. Jeszcze jedna fotka z GRUPĄ MALBORK i przyjaciółmi i czas odliczać.
Raz, dwa, trzy i słowo start zabrzmiało nagle w mojej głowie, ogromny tłum ponad 20 zawodników rzucił się z impetem do wody. A ja oblałem jeszcze raz barki i brzusio zimną aqua i wsunąłem się (tak dobrze czytacie - wsunąłem) się do wody delikatnie i z wdziękiem Kasi Figury w filmie „KILER „
Straciłem od razu jakieś 10 metrów do czołowych zawodników, ale o dziwo nie zmartwiłem się ani trochę. W głowie tylko miałem przetrwanie całego dystansu i wykaraskanie się z wody jakimś sposobem. Cały odcinek pokonałem żabką, czyli jedynym stylem pływackim, który jest na mojej liście wodno-kanalizacyjnych umiejętności. Czepek i okulary zdały egzamin na medal. Popłynąłem luźno w nogach. Bałem się skurczu i konieczności zatrzymania się na środku jeziora w celu rozciągania mięśni. Agrafki nie miałem, może to i dobrze bo nigdy nie przekłuwałem mięśnia w celu pozbycia się skurczu. Może trafiłbym w brzuch albo w przyrodzenie i zamiast rozkurczu mięśnia spowodowałbym wykrwawienie się jak dziki wieprz na środku Aqua nekropolii. Pozostało około 150m do mety. Obok mnie delikwent plastrowany jak mumia egipska płynął na plecach próbując pozbyć się skurczów. Szybko pomyślałem, że mam 2 opcje, albo odpłynę od niego w mgnieniu oka albo przygotuję się na szybkie uderzenie łokciem w łeb bez skrupółów. Tonący brzytwy się chwyta - tak zapewniają rzetelne źródła każdego podręcznika surwiwalu.

Jeszcze tylko trzy ruchy i czuję błotko pod nogami i wybiegam z wody wyprostowany i uśmiechnięty czekając na setki fleszy na brzegu a tu nic. Okazało się, że z wody wybiegam jako jeden z ostatnich zawodników, ale żywy - yupi !!! Większość zawodników z GM i moich znajomych już wystrzeliła z wody.


Widzę tylko przemykającego Arka Dylerta, który niczym Puma pomknął na trasę.


Usiadłem spokojnie wycierając ciało i spojrzałem, że zaplastrowany kolega zwija się z bólu więc jako dobry samarytanin pomogłem rozciągnąć i rozmasować łydkę.

No i poleciałem niczym Feniks w pogoń za GRUPĄ MALBORK w moich cudownych kolarskich okularach firmy BRIKO oczywiście jak Krupicka bez koszulki i zero skarpet :)

Początek tempo 3:55,myślę nieźle, ale już po 4 minutach odczułem szybkie tempo ze względu na skwar z nieba i żar, który nawet dawał się we znaki w najbardziej zacienionych partiach trasy. Zwolniłem do 4:05 i w tych okolicach tempowych starałem się dopaść kolejnych zawodników. Minęło naprawdę dużo czasu zanim dotarłem do pierwszego zawodnika. Na około 2km/3km ujrzałem Arka Dylerta, potem daleko przed nim ujrzałem Patryka Skrzyńskiego.
Tu byłem zaskoczony ponieważ wybiegł z wody przed Bartkiem Mazerskim i nie sądziłem, że go dogonię, ale się udało. Następnie Maciek Wlazło pozwolił się dogonić i jeszcze jeden zawodnik Zantyr Sztum został przeze mnie zdetronizowany z czego jakże zadowolony byłem i pozostało odliczanie do mety. Bardzo zdziwiony byłem gdy zobaczyłem tłumy ludzi na plaży oklaskujących dobiegających zawodników. Pierwszy raz przekroczyłem metę dotykając taśmy końcowej, może nie była to taśma z napisem meta, albo IRON MAN SERIES HAWAI ale przynajmniej profesjonalna lateksowa taśma BHP. Też uczucie jakże wzruszające. Oklaski, uśmiechy, serce uradowane. Salomon Team w postaci mojej żony i małego Ironmana Filipka czekał wiernie na mecie by mnie powitać.




Tutaj kieruje szczególne podziękowania za zdjęcia mojej żonie, która ogarnęła się logistycznie i dokumentowała całe wydarzenie :) Wsparcie z jej strony nieocenione i cenniejsze niż sam trening. Byłem bardzo zmęczony, dałem z siebie dużo i nie sądziłem, że tak krótki dystans zarówno pływania jak i biegania potrafi doprowadzić organizm do samo rozładowania. Zasmakowałem bakcyla. Wiem z czym to się je. Wiem jak mięśnie reagują na kolejny wysiłek po pływaniu. Na drugi dzień zrobiłem kolejny krok. 20 km rower i 10 km bieg i teraz uczciwie mogę powiedzieć wszystkim, a zwłaszcza kolegom z GRUPY MALBORK, którzy zaczynają bądź kontynuują swoje zmagania w świecie triatlonu – czapki z głów! Jesteście wielcy i do pięt Wam nie dorastam, a zarazem zazdroszczę i kiedyś spróbuję dogonić lub co najmniej wziąć udział w tych samych zawodach triatlonowych co Wy.






Ostatnia myśl na koniec: na każdej drodze sportowej staje ktoś, kto albo zainspiruje albo zmotywuje do spróbowania czegoś nowego. Tutaj słowa podziękowania tyczą się Sewerynowi Jażdżewskiemu i Arkowi Dylertowi za zmotywowanie mnie do udziału w Sztumskich zmaganiach wodno - gruntowych. Czas wrócić do lasu i nauczyć się porządnie biegać - komentował dla Was SYN SALOMONA- a czy ja już pisałem, że udało mi się ukończyć zawody na 11 miejscu?- chyba nie :) Grupę Malbork reprezentowli Arkdiusz Dylert wraz z żoną Moniką, Maciej Wlazło, Jacek Manteufel oraz Wojciech Tołkacz. Bardzo dzielnie i do samego końca walczyła Monika i Wojtek. Przybiegając z uśmiechami na twarzach udowodnili, że katowanie się takim wysiłkiem przy tak ekstremalnej pogodzie, to czysta przyjemność :) Pozdrawiam - Rafał Łakomy.